Gdy wędrowiec staje dziś na grzbiecie Otrytu albo spogląda z Połoniny Wetlińskiej na dolinę Sanu, trudno uwierzyć, że osiemdziesiąt lat temu rozgrywał się tutaj dramat wielu narodów. To właśnie w tej scenerii, pomiędzy lasami i górskimi przełęczami, splatają się losy Mikołaja Kunickiego.
Od żołnierza Września do służby w Schutzmannschaft
Urodził się 18 listopada 1914 roku na terenach ówczesnego Imperium Rosyjskiego, na pograniczu kultur, języków i tradycji. Zanim Europa pogrążyła się w największej wojnie, był zawodowym podoficerem Wojska Polskiego. We wrześniu 1939 roku walczył w obronie Warszawy. Po klęsce kampanii dostał się do niemieckiej niewoli, lecz zdołał uciec i wrócić do rodzinnych stron.
To jednak dopiero początek historii pełnej dramatycznych zwrotów. W 1942 roku znalazł się w szeregach podporządkowanej Niemcom formacji Schutzmannschaft. Przeszedł szkolenie dywersyjno-sabotażowe i ukończył je w stopniu feldfebla. Od początku 1943 roku dowodził kompanią w 104. batalionie Schutzmannschaft, działającym na terenach Polesia.
Batalion uczestniczył w niemieckich działaniach przeciwpartyzanckich i pacyfikacyjnych. Służba Kunickiego w tej formacji pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych etapów jego biografii.
Dezercja i narodziny oddziału „Muchy”
Na początku 1943 roku Kunicki wraz z częścią podległych mu żołnierzy zerwał z niemiecką formacją i przeszedł do partyzantki radzieckiej. Dokładne okoliczności i motywy tej dezercji są przedstawiane w źródłach niejednolicie.
Tak narodził się oddział dowodzony przez „Muchę”. Jego żołnierze walczyli z Niemcami, ukraińską policją pomocniczą i oddziałami UPA. Jednostka pozostawała jednak podporządkowana radzieckim strukturom partyzanckim. Jej szlak bojowy prowadził przez Polesie i Wołyń, a następnie ku Bieszczadom – krainie, która stała się jednym z najważniejszych rozdziałów tej historii.
Oddział Kunickiego dociera w Bieszczady
Latem 1944 roku oddział Kunickiego dotarł w rejon Otrytu, gdzie nawiązał współpracę z polskim oddziałem dowodzonym przez Józefa Pawłusiewicza. Współdziałał także z partyzantami radzieckimi dowodzonymi przez Leonida Berensteina. W cieniu gęstych lasów tworzono punkty obserwacyjne, organizowano zasadzki i planowano akcje przeciwko niemieckim garnizonom oraz oddziałom UPA.
Otryt, zrzutowiska i walki o Polanę
Dziś Otryt przyciąga miłośników dzikiej przyrody i długich wędrówek. Mało kto zdaje sobie sprawę, że właśnie tutaj przebiegały trasy konnych zwiadowców Kunickiego. Według przekazów rozlepiali oni po bieszczadzkich wsiach ostrzeżenia skierowane do oddziałów UPA przed atakami na polską ludność.
W odludnych rejonach Bieszczadów partyzanci organizowali także punkty kontaktowe oraz miejsca odbioru zaopatrzenia dostarczanego drogą lotniczą. Dziś trudno odnaleźć ślady dawnych zrzutowisk. Pozostały jedynie krajobrazy - rozległe panoramy i cisza, która kontrastuje z wojenną przeszłością tych terenów.
Oddział Kunickiego prowadził liczne akcje bojowe. Działał również w rejonie Polany, gdzie dochodziło do walk o kontrolę nad miejscową infrastrukturą naftową. Walki toczyły się niemal bez przerwy, a linia frontu nieustannie przesuwała się na zachód.
29 września 1944 roku, po uzyskaniu zgody radzieckiego dowództwa partyzanckiego w Kijowie, oddział przeszedł na sowiecką stronę frontu i został rozformowany. Wojenny rozdział życia „Muchy” dobiegł końca, ale jego świadectwo pozostało.
„Pamiętnik Muchy”
Kunicki przez lata gromadził relacje i dokumenty dotyczące zbrodni popełnionych na Wołyniu, tworzenia polskich oddziałów samoobrony, współpracy polskiej partyzantki z oddziałami radzieckimi oraz walk z UPA w Bieszczadach. Swoje wspomnienia opublikował w „Pamiętniku Muchy”. Publikacja pozostaje ważnym świadectwem uczestnika wydarzeń, wymaga jednak konfrontowania z innymi źródłami oraz uwzględnienia perspektywy autora i realiów, w których została wydana.
Podróż śladami Mikołaja Kunickiego nie jest zwykłą wycieczką. To wędrówka przez miejsca, w których historia pozostawiła głębokie blizny. Otryt, Polana czy Połonina Wetlińska zachwycają dziś spokojem i pięknem natury, ale pod warstwą traw, lasów i kamieni kryją opowieści o ludziach podejmujących decyzje w skrajnych warunkach, a także ponoszących odpowiedzialność za własne wybory i działania.
W Bieszczadach przeszłość nigdy nie znika całkowicie. Wystarczy zejść z głównego szlaku, zatrzymać się przy ruinach dawnej wsi albo spojrzeć na bezkres połonin, by zrozumieć, że historia tych gór wciąż żyje - w pamięci, dokumentach i opowieściach o ludziach takich jak Mikołaj Kunicki.
Ilustracja: wizualizacja wygenerowana przy użyciu AI. Nie przedstawia autentycznej sceny historycznej.
Komentarze (0)