reklama

Rozmowa z Anią Wojton - Bieszczadzkim Czarnym Aniołem: "Cieszę się, że muzyka na żywo wraca w Bieszczady"

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Rozmowa z Anią Wojton - Bieszczadzkim Czarnym Aniołem: "Cieszę się, że muzyka na żywo wraca w Bieszczady" - Zdjęcie główne
Autor: Anna Wojton | Opis: Bieszczadzki Czarny Anioł na koncercie

Udostępnij na:
Facebook
AktualnościZ Anią spotykam się w jej domu na wsi. Jest ciepłe, majowe przedpołudnie, a słońce miękko oświetla drewnianą altanę, w której siadamy do rozmowy. Atmosfera od pierwszej chwili wydaje się idealna. Ania jest dziś w swojej "domowej wersji", ale dokładnie taka sama jak na scenie: ciepła, serdeczna i pełna uroku. Uśmiecha się niemal bez przerwy, a od jej obecności bije niezwykle pozytywna energia. Już po kilku minutach wiem, że to będzie pasjonująca rozmowa.
reklama

Skąd wziął się pseudonim "Bieszczadzki Czarny Anioł" i co dziś dla Ciebie znaczy? 

Ania: Czarny Anioł Bieszczadów wziął się z Chmielowiska w 2022 roku. Był to festiwal, na którym śpiewałam i wygrałam: zdobyłam Nagrodę Publiczności. Pamiętam, że Pani z jury powiedziała do mnie wtedy: ty jesteś takim naszym czarnym aniołem Bieszczadów. Bo raz, że kawał głosu, a dwa, że miałam wtedy czarne włosy, czarną gitarę, czarny ubiór, więc i to miało wpływ.  

Co dla mnie znaczy? Znaczy wiele, bo skoro tak mnie nazwała publiczność i pani z jury to myślę, że warto zostawić ten pseudonim. Anioły to głównie Bieszczady. A czarny? To taki mój wizerunek. Dlatego myślę, że warto korzystać z tego. 

reklama

Pamiętasz swoje początki na scenie? Kiedy pierwszy raz stanęłaś na niej? 

Ania: Pierwszy raz w podstawówce. 

A na bieszczadzkiej scenie? 

Ania: Na bieszczadzkiej scenie pojawiłam się pierwszy raz w 2022 roku - właśnie na Chmielowisku. Zostałam zaproszona przez Grzesia Michalika, który mi napisał wiadomość: dlaczego Ty nie bierzesz udziału w Chmielowisku? A ja pytam: co to jest? I on mi napisał, że mogę zaśpiewać i dostać się na scenę innego festiwalu. 

I udało mi się. Dostałam nominację na festiwal "Natchnieni Bieszczadem". Gdy się tam pojawiłam to też było bardzo miło, bo zostałam laureatką tego konkursu.  

reklama

Potem różne lokale zaczęły się do mnie odzywać z pytaniem czy chciałabym u nich wystąpić. Tak to zostało do dziś.  

Ania Wojton na koncercie, zdj. Paulina Hanus

 

W Twoim śpiewaniu jest dużo emocji i autentyczności. To Twój sposób na pokazie wewnętrznego “ja”? Chcesz to pokazywać i nie ukrywasz? 

Ania: Nie ukrywam tego.  

Śpiewam covery. Utwory takich artystów jak: Seweryn Krajewski, Anna Jantar, Krzysztof Krawczyk, zespół Lombard i inni. Ale piszę też swoje. I te moje są w stylu ballad country i są bardzo emocjonalne. Taka jestem. Kiedy wiem o czym śpiewam (a zawsze wiem) to chcę pokazać się z jak najlepszej strony i przekazać te emocje ludziom. Żeby oni też to poczuli.  

reklama

Tak, to widać później. Wiele osób mi mówi, że bardzo emocjonalnie podchodzę do każdego numeru. Czasami płaczę. 

Kiedyś śpiewałam piosenkę Seweryna Krajewskiego i jakiś Pan się popłakał. Wtedy ja też zaczęłam płakać. Aż musiałam sobie "przegrać" coś na gitarze żeby móc dalej śpiewać... 

Porozmawiajmy o muzyce na żywo w Bieszczadach. Coraz więcej ludzi dziś wraca do koncertów na żywo. Myślisz, że Bieszczady "tęskniły" za muzyką na żywo? 

Ania: Każdy lokal tak naprawdę teraz korzysta z muzyki na żywo. Myślę, że jest bardzo potrzebna.  

Jest takie powiedzenie: rzuć wszystko i jedź w Bieszczady. Są ludzie, którzy tu przyjeżdżają z Polski i zza granicy. Siadają w knajpce i słuchają "Bieszczadzkich Aniołów" i innych numerów, również moich autorskich. I naprawdę chcą słuchać. Chyba tego potrzebują.  

reklama

Jak wygląda taki koncert w Bieszczadach? Kiedy naprawdę "dzieje się magia"? 

Ania: Od strony technicznej to wygląda tak, że dostaję wiadomość o koncercie. Czasem mam to zaplanowane dużo szybciej, ale czasem jest to spontaniczne, bo mam akurat wolny czas, ktoś mi zaproponuje i jadę wtedy w Bieszczady z całym sprzętem.  

Na miejscu ludzie już czekają, siedzą, tak wyczekuj... Taki koncert różnie trwa: często jest to 2 godziny z dwoma przerwami. A ja uwielbiam właśnie te przerwy. Bo wtedy mogę pogadać z ludźmi. Wtedy ktoś podchodzi, pyta...  

Proszą o autografy? 

Ania (uśmiech): Proszą. A ja zawsze jestem nieprzygotowana. Naprawdę (śmiech). Staram się jakoś wybrnąć: mam swoją wizytówkę i podpisuję się na niej, albo mam np. bryloczek i na nim. Albo ktoś ma ze sobą notesiki jakieś i prosi o dedykację, że był tu w Bieszczadach.  

Jest taka historia z plakatami, które są powieszone w lokalach. Kiedyś jeden Pan zdjął ten plakat i poprosił mnie żebym się na nim podpisała. A potem wzioł sobie ten plakat na pamiątkę. To jest świetne.  

Uwielbiam każdy koncert i kontakt z ludźmi. Dla mnie nie ma znaczenia czy jest pięć osób w lokalu czy jest cała sala, bo zawsze się cieszę, że mogę zaśpiewać i zawsze uważam, że warto.  

W Bieszczadach muzyka to też opowieść: o ludziach, o górach, o historii - również tej trudnej. Czy jest tak, że ludzie słuchają tych historii? Chcą je znać? Czy interesuje ich raczej muzyka? 

Ania: Słuchają bardzo tekstów. Czasem nawiązują do nich. Gdy skończę śpiewać jakąś piosenkę to rozmawiają o tym. O wydarzeniach z ostatnich lat. 

Bardzo dużo jest takich piosenek, w których słowa są albo o ludziach albo o wydarzeniach lub miejscach. Tak jest np. w piosence Chmiela pt. "Połonina". On tam napisał o miejscach którymi w Bieszczadach wędrował Karol Wojtyła. I ludzie tego słuchają.  

Często też dopytują czy jakieś wydarzenie pamiętam? Ja niekoniecznie pamiętam, z racji wieku. 

Miałam zapytać czy zdarza się, że ludzie przychodzą na koncert smutni a wychodzą odmienieni? Ale już domyślam się, że tak?  

Ania: Tak, tak (uśmiech). 

Jest różnie. Zdarza się, że przyjeżdżają też wesołe osoby, które czekają na koncert, są pozytywnie nastawione.  

Ale pamiętam też inną sytuację. Kiedyś na koncercie siedziało małżeństwo, które pożegnało syna. Byli bardzo smutni. Zaśpiewałam im piosenkę Chmiela. Po koncercie przyszli do mnie, dziękowali, przytulali się, mówili, że to było piękne. Wyszli radośni. To było bardzo miłe. 

Ania Wojton - Bieszczadzki Czarny Anioł, zdj. Paulina Hanus

No właśnie: jak to jest z tą energią, z emocjami? Ty dajesz ludziom energię, ludzie Tobie też?  

Ania: Tak. Ja się "nakręcam" wtedy gdy widzę publiczność, która śpiewa ze mną. Wtedy już mam w głowie to, że trzeba zaśpiewać kolejny, znany numer, bo ludzie chcą pośpiewać. Wtedy jest "ta moc".  

Czasami ludzie biją brawa, śpiewają razem ze mną. To najlepsze co może się wydarzyć.  

Czy bieszczadzka publiczność jest inna od tej na przykład w mieście? 

Ania: Tak. Jest inna.  

W mieście często śpiewam w restauracjach i tam ludzie bardziej chcą muzykę "do kotleta". Chcą usiąść, porozmawiać, w tle jest muzyka. Niekoniecznie słuchają. A w Bieszczadach ludzie siedzą, jedzą, ale tak naprawdę cały czas słuchają. Bardzo ich interesuje o czym się śpiewa. To jest całkowicie inna publiczność.  

Czym dla Ciebie są Bieszczady? 

Ania: W Bieszczadach tak naprawdę się odnalazłam. Właśnie w Bieszczadach.  

Zaczynałam śpiewać podczas ślubów w kościele. To była inna muzyka, inny klimat. A kiedy pojawiłam się po raz pierwszy w Bieszczadach, zobaczyłam tych ludzi, miejsca, poczułam ten klimat, to pojawiła się taka myśl: ja tu pasuję. Wreszcie gdzieś pasuję. I tak zostało do dziś.  

Jak, według Ciebie, zmieniły się Bieszczady przez ostatnie lata? Również muzycznie? Bo mówiliśmy o tym, że wraca muzyka na żywo, a z drugiej strony trzeba dodać, że są głosy, że Bieszczady się komercjalizują. Jak Ty uważasz? 

Ania: Komercja jest. To prawda. Ale nie wszędzie.  

Natomiast jeśli chodzi o muzykę na żywo to kiedyś ona była codziennością w Bieszczadach. I teraz to wraca. Więc tak jakby wracamy do tego co było kiedyś. To jest piękne, bo dowodzi, że w Bieszczadach muzyka od zawsze była i jest ważna. Tylko może wcześniej nie była promowana na taką skalę jak obecnie. 

Teraz muzyka bieszczadzka dociera do ludzi nie tylko w Bieszczadach, ale w całej Polsce i za granicą.  

Czy zatem uważasz, że można stworzyć coś na zasadzie marki bieszczadzkiej? 

Ania: Tak. Można.  

Ale warto przy tym mieć pomysł na siebie. Bo dużo jest “bieszczadników”, czyli osób, które grają w barach, śpiewają dobre numery bojkowskie lub bieszczadzkie. Są w tym świetni. Ale jeśli ktoś ma pomysł na siebie, ma wizerunek to się wybije.  

A masz ulubione miejsca w Bieszczadach gdzie śpiewasz? 

Ania: Moje ulubione miejsca gdzie śpiewam to Ośrodek Tarpan w Wysoczanach. Tam Bieszczady się zaczynają, jest stadnina koni i wspaniały lokal w stylu country. Uwielbiam tam śpiewać. Właściciele są cudowni. Witają mnie zawsze jak swoją - to jest piękne.  

Lubię też śpiewać w Resorcie Solnym w Dołżycy. Jest tam wspaniały klimat, pyszne jedzono. Przyjeżdżają tam turyści, którzy naprawdę chcą słuchać muzyki. Z każdym moim koncertem w tym miejscu ludzi przybywało.  

Lubię też śpiewać w Zagrodzie Chryszczata. Teraz powstała tam scena na zewnątrz, to wspaniałe. 

A gdzie nie miałam okazji jeszcze śpiewać, a bardzo bym chciała zaśpiewać? Na pewno w Bazie pod Otrytem.  

A jeśli chodzi o zwiedzanie to uważam, że warto zwiedzać Bieszczady i zobaczyć czy to Chatkę Puchatka czy Tarnicę - o zachodzie słońca i wschodzie. Bieszczady są piękne. 

Porozmawiajmy o Tobie. Wiemy jaka jesteś na scenie. A kim jest Ania poza sceną? 

Ania: Mamą dwójki dzieci. Żoną (uśmiech). 

Jeśli chodzi o moje życie prywatne to staram się nie mówić o tym często. Choć ludzie wiedzą gdzie mieszkam i w mojej miejscowości jestem znana.  

A Twoje dzieci wiedzą, że mama jest osobą rozpoznawalną? Mówią Ci o tym? 

Ania: Tak. Wiedzą. Mówią o tym i też "idą" w muzykę. Syn śpiewa, córka tańczy, a ponadto ma, podobno, "kawał głosu". Nie namawiam ich, ale jeśli będą chciały to będę je wspierać.  

Co było dla Ciebie najtrudniejsze na drodze do muzycznej kariery? Czasem ludzie mierzą się z tremą lub boją się pokazać ten "kawałek siebie" w sensie autorskiego numeru. Wahają się czy pokazywać emocje na scenie. Czy miałaś coś takiego? 

Ania: Byłam przygotowywana do występowania na scenie od szkoły podstawowej pod kierunkiem mojego nauczyciela. Nie miałam tremy - z tego co pamiętam. Ale może nie wszystko pamiętam... 

A później, gdy zaczęłam śpiewać na ślubach w kościołach, to nie miałam tremy, bo nie było mnie widać. Śpiewałam z chóru, byłam sama.  

A jeśli chodzi o obecne śpiewanie w Bieszczadach to owszem, miałam tremę.  

Najgorzej się tremowałam gdy nie spodziewałam się, że będzie cała sala ludzi. Pierwsze moje występy w Bieszczadach były w Ośrodku Tarpan w Wysoczanach a potem w Resorcie Solnym w Dołżycy i nie spodziewałam się, że tam będzie tak duża publiczność. I wtedy był stres. 

A teraz ostatnio miałam tremę śpiewać swoje numery. Nie wiem dlaczego. To zaczęło się od tego momentu gdy zaczęłam pisać własne numery w stylu ballad country i w pewnym momencie zaczęłam je wprowadzać w swój repertuar. Mówiłam wtedy na koncercie, że teraz zaśpiewam coś swojego. I wtedy nie wiedziałam jak ludzie zareagują... Ale kiedy pojawiły się owacje na stojąco to pomyślałam sobie: już jest dobrze. 

Czasami artyści obawiają się, że nie zadziała sprzęt. I to też może być stresujące. Masz tak? 

Ania: Taka obawa jest zawsze. Raczej nie mam z tym problemu.  

Kiedyś miałam taką sytuację, że nie zadziałało mi nagłośnienie. Więc odpięłam gitarę, usiadłam bliżej ludzi i zrobiłam koncert bez nagłośnienia. A, że mam donośny głos, to on się niósł po lokalu. Udało się. 

Czyli wybrnęłaś (uśmiech). I chyba zostało pozytywnie odebrane to, że usiadłaś bliżej ludzi? 

Ania: Tak. Teraz często tak robię. Pytam w lokalu czy muszę śpiewać na scenie, bo wolałabym bliżej ludzi. Bo nie jestem jakąś gwiazdą, nie potrzebuję nie wiadomo czego. Chcę usiąść bliżej ludzi, bo wiem, że wtedy pokażę te emocje.  

Na koniec chciałam zapytać o Twoje marzenia. O czym w tej chwili marzysz?  

Ania: Marzę by kiedyś mój utwór pojawił się na You Tubie i by moja ballada country pojawiła się w Bieszczadach i została pozytywnie odebrana. To mnie motywuje do działania. Ale to długa droga przede mną.  

A czujesz się spełnioną artystką? 

Ania: Tak.  

Chociaż jeszcze bardzo bym chciała znaleźć muzyków by stworzyć zespół country. Aby moje piosenki i pomysły całej grupy można było wydać w formie płyty.  

Gdzie można Ciebie teraz posłuchać? 

Ania: Najbliższe koncerty mam w Stalowej Woli: 6 czerwca w Osadzie Marianów i 18 lipca w klubie Billa. 15 i 23 sierpnia gram z kolei w Zarszynie.  

Mam też w planach grać w Ośrodku Tarpan w Bieszczadach, ale nie znam jeszcze dokładnej daty oraz w Resorcie Solnym w Dołżycy - też nie wiem dokładnie kiedy. Sezon dopiero się zaczyna więc może będzie tych koncertów więcej.  

Tego życzę i dziękuję za rozmowę. 

Ania: Również dziękuję 

 

Rozmawiała: Aleksandra Szeligowska

Zdjęcie użyte w artykule są autorstwa Pauliny Hanus oraz Anny Wojton. Publikacja za zgodą. 

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
logo