Wetlina przez długi czas była miejscem po kimś, nie dla kogoś. Po akcji „Wisła” krajobraz opustoszał niemal całkowicie. Zniknęły wsie, cerkwie, codzienność. Zostały tylko fundamenty, dzikie sady i pamięć, która nie miała komu się opowiedzieć.
Kiedy w latach 60. pojawili się pierwsi robotnicy leśni, przyjechali do przestrzeni, która była jednocześnie piękna i obca. Pracowali przy wyrębie, dzień po dniu, w deszczu, śniegu, błocie po kolana. Budowali drogi, ściągali drewno, stawiali prowizoryczne osiedla. Ale z czasem zaczęło brakować czegoś, czego nie dało się przywieźć ciężarówką.
Najpierw był krzyż. Prosty, wbity w ziemię, trochę jak znak, że ktoś tu znów jest. Wokół niego zaczęli się gromadzić ludzie. Msze odprawiano pod gołym niebem, wśród zapachu żywicy i świeżo ściętych pni. Ktoś przynosił ławkę, ktoś inny stawał z boku, opierając się o drzewo. To nie była parafia, to była potrzeba – surowa i prawdziwa, jak życie w lesie.
Z tej potrzeby narodził się Kościół Miłosierdzia Bożego w Wetlinie. W 1979 roku, dokładnie tam, gdzie wcześniej stał krzyż i gdzie modlono się pod chmurami, zaczęto budowę drewnianej świątyni. Nie była monumentalna. Nie miała ambicji konkurować z katedrami. Miała być blisko ludzi, którzy wracali z pracy zmęczeni, przesiąknięci zapachem lasu, często bardziej milczący niż rozmowni. Budowa szła tempem narzuconym przez realia miejsca. Tu nic nie było łatwe – transport materiałów, pogoda, dostępność ludzi. Ale była determinacja. Kościół powstawał trochę jak te bieszczadzkie drogi: z wysiłku, improwizacji i przekonania, że musi się udać. Rok później, 4 czerwca 1980 roku, erygowano parafię. Opiekę nad nią przejęli bernardyni – zakon, który dobrze rozumiał prostotę i trud życia na uboczu.
Z czasem wokół kościoła zaczęło się tworzyć coś więcej niż tylko wspólnota modlitwy. Wetlina przestała być wyłącznie miejscem pracy, a zaczęła być miejscem życia. Parafia objęła kilka okolicznych miejscowości, a liczba wiernych, choć niewielka, była stała i wierna jak rytm górskich pór roku. W Kalnicy powstał kościół dojazdowy, jakby przedłużenie tej samej historii – potrzeby bycia razem, nawet jeśli dzieliły ich kilometry krętych dróg.
W latach 90. obok świątyni wyrósł dom zakonny. Nie był tylko zapleczem dla duchownych. Stał się miejscem spotkań, rekolekcji, chwil zatrzymania dla tych, którzy przyjeżdżali w Bieszczady nie tylko po widoki, ale po coś trudniejszego do nazwania. To był kolejny etap – od kościoła dla robotników do przestrzeni dla wszystkich, którzy w tej dzikiej części Polski szukali sensu, ciszy albo odpowiedzi.
A potem przyszedł moment zmiany. Między 2012 a 2017 rokiem obok drewnianej świątyni zaczęto budować nowy, murowany kościół pw. św. Jana Pawła II. Większy, trwalszy, dostosowany do nowych czasów. Ale kiedy przeniesiono do niego obraz Miłosierdzia Bożego ze starego kościoła, było w tym coś symbolicznego – jakby duch miejsca nie chciał zostać w tyle. W 2020 roku świątynia została konsekrowana przez arcybiskupa Adama Szala, a stary kościół zakończył swoją liturgiczną rolę.
Nie zniknął jednak z krajobrazu. Wciąż stoi, trochę jak świadek tamtych lat, kiedy wszystko dopiero się zaczynało. Kiedy ludzie lasu, zmęczeni i uparci, postanowili, że oprócz pracy potrzebują też miejsca dla ducha. I zbudowali je własnymi rękami, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno była tylko cisza po tych, którzy odeszli.
Dziś, gdy turyści przejeżdżają przez Wetlinę, często widzą tylko kolejny punkt na mapie Bieszczadów. Ale jeśli zatrzymają się na chwilę dłużej, mogą dostrzec coś więcej. Historię o tym, że nawet w najbardziej dzikim miejscu człowiek prędzej czy później buduje nie tylko dom, ale i sens.
Komentarze (0)