reklama

Wetlina, jakiej już nie ma. Kolejka po chleb i zapach bieszczadzkiej konserwy na zdjęciu z 1974 roku

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor: Zbigniew Maj

Wetlina, jakiej już nie ma. Kolejka po chleb i zapach bieszczadzkiej konserwy na zdjęciu z 1974 roku - Zdjęcie główne
Autor: Krzysztof Pawela | Opis: Kolejka przed sklepem w Wetlinie

Udostępnij na:
Facebook
Bieszczadzkie dziejeCzy można poczuć smak oranżady sprzed pół wieku, patrząc na jedną fotografię? Zapraszamy w podróż do Wetliny z lat 70. XX wieku. Zbigniew Maj analizuje kadr spod dawnego sklepu spożywczego, przywołując czasy, gdy bochenek chleba był powodem do dumy, a ludzie – mimo trudnych lat – potrafili żyć „ze sobą”, a nie tylko „obok siebie”.
reklama

Nie był to świat wygód ani luksusu. A jednak wspomnienia tamtego lata – bochenka chleba zdobytego w kolejce, śmiechu przy ognisku, słodkiej oranżady i gitarowych wieczorów – zapisały się w pamięci mocniej niż niejeden nowoczesny urlop. Zatrzymajmy się na chwilę przy scenie spod sklepu w Wetlinie z 1974 roku. To nie tylko fotografia – to fragment tamtej codzienności.

Pod sklepem w Wetlinie - gdy zaopatrzenie było świętem

Postanowiłem "cofnąć" czas do połowy lat siedemdziesiątych XX wieku, i pokazać charakterystyczną dla tamtych czasów scenkę. Grupka ludzi, zarówno miejscowych, jak i turystów, pod sklepem spożywczym w Wetlinie

reklama

Było piękne słoneczne popołudnie, roku 1974 (w mojej ocenie oczywiście). Do sklepu właśnie dotarło zaopatrzenie ze świeżym pieczywem. Było to ważne wydarzenie, bowiem takie dostawy nie zdarzały się codziennie, a pieczywa z reguły nie wystarczało dla wszystkich, zwłaszcza w sezonie turystycznym. 
Miejscowi znali panujące tutaj zwyczaje i wiedzieli, kiedy można spodziewać się dostawy towaru, toteż widzimy ich na początku kolejki. Turyści stoją grzecznie z tyłu, i cierpliwie czekają z nadzieją, że dla nich też coś zostanie, a nie było to takie oczywiste. Miejscowi rzadko kupowali jeden bochenek chleba. U pani, której udało się zakupić ich cztery, widać promienny uśmiech na twarzy.

Niepodległość w sercu i proste szczęście

Teraz napiszę coś, co dla młodszego pokolenia z pewnością nie będzie zrozumiałe.
Nie wszystko w tamtych czasach byłe złe. Żyliśmy w kraju, który nie był niepodległy, to prawda, rządziły nami często miernoty (w tym względzie niewiele się zmieniło), a do tego całkowicie uległe wobec wielkiego brata. Materialnie powodziło nam się znacznie gorzej niż dzisiaj. O wielu przedmiotach, o których mówiono wtedy że są luksusowe, większość mogła sobie pomarzyć, albo oszczędzać na nie przez wiele lat.
Byliśmy pod wieloma względami zniewoleni, i oby takie czasy nie powróciły już nigdy. Ale nie wszystko było jednoznacznie czarne lub szare. 

reklama

Kiedyś ludzie żyli ze sobą. Dziś – obok siebie

Niektóre okoliczności przywołują u mnie miłe wspomnienia. Ludzie byli dla siebie bardziej niż dzisiaj życzliwi (oczywiście były też wyjątki), nie żyli jedynie obok siebie, powszechne były wzajemne relacje, te w pozytywnym znaczeniu oczywiście. Sąsiedzi i znajomi spotykali się ze sobą, mieli dla siebie czas, rozmawiali przy każdej okazji o swoich radościach, problemach. Gdy widzę dzisiaj przemieszczających się po ulicach ludzi-zombi z nosami utkwionymi w swoich smartfonach (nawet na przejściach dla pieszych), nie odrywających od nich oczu nawet w restauracjach i kawiarniach, tęsknię za atmosferą tamtych czasów.

Warto wiedzieć: Sklepik widoczny na zdjęciu to dawny kiosk „Ruchu”, który służył rodzinom robotników leśnych. Dziś w tym miejscu znajduje się pusta łąka, a pamięć o nim przetrwała głównie dzięki takim kadrom.

reklama

Moje dzieciństwo było bardzo proste i skromne, ale szczęśliwe. O rowerze, zegarku a nawet normalnej piłce do gry (byłem fanem piłki nożnej) mogłem tylko marzyć. Wystarczać musiały nam gumowe, nadmuchiwane piłki, kupowane w naszym sklepiku z artykułami przemysłowymi lub w kiosku ruchu. 

Bieszczadnicy w dżinsach i smak „zielonej” konserwy

Dzisiaj wyekwipowani w profesjonalny sprzęt i odzież turyści podjeżdżają samochodami pod szlaki i zaliczają je, by potem stać w tasiemcowej kolejce pod tzw. "kultową" knajpą w oczekiwaniu na stolik. W tamtych czasach turyści wędrowali po Bieszczadach (nie tylko po górach). Nie śpieszyli się, wędrowali po drogach i bezdrożach, gdzie oczy poniosą. Nie potrzebowali szlaków ani ścieżek. Rozmawiali i zaprzyjaźniali się z miejscowymi rolnikami, drwalami, węglarzami.

reklama

Atmosfera była niepowtarzalna. Niepotrzebne były imprezy czy koncerty organizowane przez różnych aktywistów. Młodzież w dżinsach lub fantazyjnie pomalowanych spodniach i koszulach flanelowych integrowała się przy gitarze i piwku z miejscowym proletariatem, który zapraszany lub nie, pojawiał się przy ogniskach.  Nikt nie narzekał na warunki w schroniskach i polach namiotowych. Ważniejsza była atmosfera, ludzie. Przyrządzano skromne posiłki, którymi wszyscy się z wszystkimi dzielili.
Potrafiliśmy  się wtedy cieszyć drobiazgami. Z pierwszego aparatu fotograficznego (Smiena) cieszyłem się bardziej niż dzisiaj z nowego samochodu.

Kiedyś postanowiłem przypomnieć sobie smaki z lat młodzieńczych, i zakupiłem na wyprawę górską konserwę turystyczną. Gdy w latach 70. ktoś otwierał konserwę turystyczną, biwakową, śniadaniową lub bieszczadzką (taką z zieloną nalepką), jej zapach ściągał natychmiast uwagę wszystkich w pobliżu. Jadało się takie konserwy z wielką przyjemnością, zwłaszcza na biwakach. Gdy ostatnio otworzyłem taką konserwę, przyniosłem ją w całości do domu, zjadłem sam chleb.

Co zostało z tamtej Wetliny?

Powracam jeszcze do zdjęcia. Widoczny na nim sklepik, był zwykłym kioskiem "Ruchu", który przytransportowano w to miejsce, aby rodziny robotników leśnych i szkolna dziatwa miała go na miejscu. Biegaliśmy tutaj na przerwach, by kupić sobie oranżadę, której smak pamiętam do dzisiaj, lub taką w proszku. Potem wybudowano obok niewielki sklepik, do dzisiaj przez niektórych zwany GS-em (obecnie bar "Pod Dachem"). Miejsce gdzie stał sklepik ze zdjęcia jest pustą łąką.
Znałem wszystkie osoby ze zdjęcia, z wyjątkiem stojących na końcu kolejki turystów. Niektórych już nie ma, inni wyjechali. Pozostała jedynie pamięć o czasach, miejscach i ludziach, których już w Wetlinie nie ujrzymy.

Zobacz więcej z serii "Historia starej fotografii":

Tekst: Zbigniew Maj, autor książki "Bieszczadzka Odyseja" 

Autor zdjęcia: Krzysztof Pawela

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
logo