Niedźwiedzie w Bieszczadach są obecne od zawsze. Dla mieszkańców regionu nie jest to żadna nowość. Jednak w ostatnich miesiącach coraz częściej dochodzi do sytuacji, w których zwierzęta pojawiają się bardzo blisko ludzi, przy zabudowaniach mieszkalnych, szkołach, przedszkolach czy gospodarstwach. Każde takie zdarzenie wywołuje emocje i poczucie zagrożenia. Wielu mieszkańców wraca myślami do tragicznego wydarzenia z końca kwietnia w Płonnej, gdzie w wyniku ataku niedźwiedzia zginęła kobieta. To zdarzenie stało się punktem zwrotnym w publicznej debacie dotyczącej bezpieczeństwa w regionie. W przestrzeni medialnej zaczęło pojawiać się coraz więcej materiałów dotyczących niedźwiedzi, a temat bardzo szybko stał się jednym z najczęściej komentowanych problemów w Bieszczadach.
Odnosząc się do wszystkich zdarzeń związanych z niedźwiedziami, Andrzej Czech, doktor nauk biologicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, leśnik i przedsiębiorca, zwraca uwagę, że obok rzeczywistego problemu bezpieczeństwa pojawia się również zjawisko społecznego nakręcania lęku.
„Po tragedii zaczęło się coś więcej”
Andrzej Czech nie bagatelizuje tragedii w Płonnej. Podkreśla, że śmierć człowieka była dramatem, który wstrząsnął całym regionem. Jednocześnie zaznacza, że po tym wydarzeniu rozpoczął się proces budowania określonej narracji wokół obecności niedźwiedzi w Bieszczadach.
Kiedy w Płonnej na pograniczu Beskidu Niskiego zginęła kobieta, poczułem to samo co pewnie wszyscy w regionie: wstrząs, smutek, lęk. Nikt rozsądny nie powie, że to był drobiazg, że można to zbagatelizować, że nie ma o czym rozmawiać. Był atak niedźwiedzia. Zginął człowiek. To fakt. Ale potem zaczęło się coś innego
– podkreśla Andrzej Czech.
W swojej analizie zwraca uwagę na mechanizmy społeczne i medialne, które, jego zdaniem, powodują stopniowe wzmacnianie poczucia zagrożenia.
Mechanizm budowania lęku
Andrzej Czech wskazuje, że od lat zajmuje się analizą wpływu narracji społecznych i politycznych na postrzeganie rzeczywistości. Jak zaznacza, podobne mechanizmy wielokrotnie pojawiały się wcześniej w różnych debatach publicznych.
Rozpoznaję ten mechanizm. Zajmuję się od lat tym, jak narracje kształtują rzeczywistość. Jak słowa poprzedzają decyzje, jak emocje zastępują analizę, jak ze strachu robi się polityczny kapitał. Widziałem ten mechanizm przy „Polsce w ruinie”, przy „wstawaniu z kolan”, przy dziesiątkach lokalnych i ogólnopolskich kampanii, które polegały na tym samym: wziąć realny problem, nadmuchać go do rozmiarów egzystencjalnego zagrożenia, wskazać winnego i zaproponować proste rozwiązanie. W psychologii medycznej istnieje pojęcie efektu nocebo. To odwrotność placebo: nie „będę pomagać”, tylko „będę szkodzić”. Gdy lekarz mówi pacjentowi „to będzie bolało”, boli bardziej. Gdy ktoś wmawia pacjentowi, że jest chory, ten zaczyna się czuć jak chory. Sugestia wywołuje realny stan. W polityce i w mediach ten mechanizm działa na skalę społeczną. Narracja o zagrożeniu staje się zagrożeniem
– zaznacza.
„To nie jest przypadkowy dobór słów”
Zdaniem Andrzeja Czecha sposób relacjonowania kolejnych zdarzeń związanych z niedźwiedziami ma ogromny wpływ na społeczne emocje. Zwraca uwagę na nagłówki pojawiające się w przestrzeni medialnej, takie jak: „Krzyk o ratunek”, „Plaga niedźwiedzi”, „Niebezpieczny poranek” czy „Niedźwiedzie pod przedszkolem”.
To nie jest przypadkowy dobór słów. To jest rama. Rama, która zmienia pytanie z „co zawiodło i jak to naprawić?” na „kto nas obroni i kiedy wreszcie zaczną strzelać?”. Kiedy pytaniem jest „kto nas obroni?”, każda odpowiedź oparta na procedurach, prewencji, edukacji i analizie przyczyn brzmi jak wymigiwanie się od tematu
– podkreśla.
Jednocześnie zaznacza, że problem obecności niedźwiedzi przy zabudowaniach jest realny i nie powinien być ignorowany. Według niego błędem jest jednak sprowadzanie całej dyskusji wyłącznie do postulatów odstrzału.
W swojej analizie Andrzej Czech dużo miejsca poświęca również roli mediów społecznościowych. Jego zdaniem algorytmy wzmacniają treści wywołujące emocje, szczególnie strach i gniew.
Jest jeszcze jeden aktor w tej historii, który nie udziela wywiadów i nie kandyduje w wyborach: algorytm mediów społecznościowych. Treści wywołujące gniew i lęk generują wielokrotnie więcej interakcji niż treści neutralne lub informacyjne. Algorytm nie rozumie, co jest prawdą. Rozumie tylko zaangażowanie
– zaznacza.
Jak dodaje, codziennie publikowane nagrania niedźwiedzi w pobliżu zabudowań powodują wrażenie, że cały region znajduje się pod stałym zagrożeniem.
Każdy post z nagraniem niedźwiedzia blisko domu wchodzi w istniejącą ramę i ją wzmacnia. Każdy komentarz „ile osób musi zginąć?” przykręca emocjonalną śrubę. Bańka informacyjna sprawia, że człowiek żyjący w Sanoku lub Lesku widzi w swoim telefonie niedźwiedzie, niedźwiedzie, niedźwiedzie i zaczyna żyć w przekonaniu, że region jest dosłownie oblężony
– podkreśla.
„To nie niedźwiedzie odpowiadają za zaniedbania”
Jednym z najważniejszych elementów stanowiska Andrzeja Czecha jest zwrócenie uwagi na problemy systemowe, które, jego zdaniem, przez lata były ignorowane.
Narracja o „nadpopulacji drapieżników” ma jeszcze jeden, szczególnie niebezpieczny wymiar. Zaczyna się od niedźwiedzi i wilków, a kończy na spójnej teorii o celowym planie „wypłukiwania życia” z Bieszczadów: zamykanie porodówek, brak szpitali, rosnące ceny nieruchomości, gentryfikacja, ochrona przyrody zamiast ludzi. I tu jest sedno manipulacji: te problemy są prawdziwe. Brak usług publicznych w regionie jest prawdziwy. Poczucie bycia zostawionym przez państwo jest prawdziwe. Frustracja jest prawdziwa. Ale wskazany wróg jest fałszywy. To nie niedźwiedzie zamykają porodówki. To nie wilki podnoszą ceny działek pod Soliną. To nie ochrona gatunkowa zostawiła mieszkańców bez procedur bezpieczeństwa, bez edukacji, bez systemu zgłoszeń, bez zabezpieczonych kompostowników. Za to odpowiadają decyzje polityczne, zaniedbania samorządów i wieloletnie ignorowanie konfliktu człowieka z dziką przyrodą
– zaznacza.
Pytania o system bezpieczeństwa
Andrzej Czech stawia szereg pytań dotyczących działań prewencyjnych w regionie. Pyta między innymi o zabezpieczenie śmietników i kompostowników, kontrolę nęcisk i karmisk łowieckich, procedury obowiązujące w szkołach i przedszkolach czy systemy zgłoszeń dotyczących pojawiania się niedźwiedzi.
Zanim zaczniemy dyskusję o „redukcji populacji”, warto zadać kilka pytań, które media zadają zadziwiająco rzadko. Czy w okolicach, gdzie niedźwiedzie pojawiają się regularnie, sprawdzono nęciska i karmiska łowieckie? Czy gminy zabezpieczyły śmietniki, kompostowniki i odpady gastronomiczne? Czy szkoły i przedszkola miały procedury? Czy rodzice dostali instrukcje, jak zachować się w terenie, gdzie żyją niedźwiedzie?
– pyta.
Według niego problemem nie jest sam fakt obecności niedźwiedzi w Bieszczadach, lecz brak wypracowanego systemu reagowania.
Skandal nie polega na tym, że niedźwiedzie żyją w Bieszczadach. Polega na tym, że w regionie stałego ich występowania przez lata nie zbudowano żadnego systemu prewencji, a dziś ci sami, którzy zaniechali działań, stoją przed kamerami i żądają „natychmiastowych decyzji z góry
– dodaje.
Czy odstrzał rozwiąże problem?
W debacie publicznej coraz częściej pojawiają się postulaty odstrzału niedźwiedzi. Andrzej Czech uważa jednak, że samo takie działanie nie rozwiąże problemu.
Rozumiem, dlaczego po tragedii odstrzał wydaje się prostym, konkretnym rozwiązaniem. Brzmi jak działanie. Daje poczucie sprawczości. Jest namacalny. Ale sam odstrzał nie zabezpiecza śmieci. Nie usuwa nęcisk. Nie tworzy procedur dla szkół i przedszkoli. Nie edukuje turystów, którzy podchodzą do niedźwiedzi z telefonem. Nie zatrzymuje quadów i crossów wypłaszających zwierzęta z ostoi w kierunku zabudowań. Nie ma ani jednej gminy w Bieszczadach, która wdrożyła pełny system prewencji i może powiedzieć „to nie zadziałało”. Nie ma takiego przypadku. Za to są przykłady, Tatry, zachodnia Europa, gdzie systemowe podejście do zarządzania konfliktem człowieka z drapieżnikami działało
– podkreśla.
„Bieszczady nie potrzebują więcej strachu”
Andrzej Czech podkreśla, że bezpieczeństwo mieszkańców powinno być priorytetem, ale równie ważne jest zachowanie rozsądku i unikanie eskalowania społecznego lęku.
Bieszczady są wyjątkowym miejscem między innymi dlatego, że żyją tu niedźwiedzie i wilki. To nie jest wada. To jest, lub powinna być, wartość, którą warto chronić i z którą warto umieć żyć. Ale „umieć żyć” nie oznacza ani naiwnego bagatelizowania ryzyka, ani histerycznego żądania eliminacji drapieżników z gór. Oznacza system: procedury, edukację, zabezpieczone odpady, odpowiedzialne zarządzanie przestrzenią, lokalne władze, które robią swoją robotę. Kiedy widzisz w mediach kolejny tytuł o „inwazji niedźwiedzi”, zadaj sobie pytanie: kto korzysta na tym, że boisz się bardziej niż wczoraj? I co ten ktoś proponuje zamiast systemu? Strach jest skuteczny. Ale bezpieczeństwo wymaga czegoś więcej niż strachu. Wymaga pracy. I tej pracy nikt nas nie wyręczy
– zaznacza.
Debata, która dopiero się rozpoczyna
Dyskusja dotycząca obecności niedźwiedzi w Bieszczadach prawdopodobnie będzie trwała jeszcze długo. Z jednej strony mieszkańcy coraz częściej mówią o poczuciu zagrożenia i obawach związanych z bezpieczeństwem swoich rodzin. Z drugiej pojawiają się głosy wskazujące, że problem wymaga przede wszystkim systemowych rozwiązań, a nie wyłącznie działań podejmowanych pod wpływem emocji. Tragiczne wydarzenia z Płonnej sprawiły, że temat konfliktu człowieka z dziką przyrodą stał się jednym z najważniejszych problemów społecznych regionu. Coraz częściej padają pytania nie tylko o liczbę niedźwiedzi, ale również o przygotowanie samorządów, procedury bezpieczeństwa, edukację mieszkańców i odpowiedzialność instytucji publicznych.
Jedno wydaje się pewne, problemu nie da się już ignorować. Jednocześnie coraz więcej osób podkreśla, że równie niebezpieczne jak lekceważenie zagrożenia może być budowanie atmosfery permanentnego strachu.
Komentarze (0)