W 1790 roku Cisna trafia w ręce Jacka Fredry, człowieka przedsiębiorczego, ojca przyszłego komediopisarza Aleksandra. To moment, w którym bieszczadzka dzikość zaczyna się zmieniać. Fredro nie widzi tu tylko lasów i gór, ale potencjał - rudę żelaza ukrytą w ziemi, energię rzeki Solinki i przestrzeń, którą można zamienić w coś więcej niż osadę na krańcu świata.
Jeszcze przed 1804 rokiem rusza budowa huty żelaza wraz z fryszerką. Wkrótce nad doliną unosi się dym, a Cisna zaczyna pulsować nowym rytmem.
Fryszerka - dziś brzmi jak słowo z innej epoki - była sercem całego przedsięwzięcia. To właśnie tutaj dokonywała się przemiana surowej, kruchej surówki w materiał użyteczny, trwały, gotowy do pracy i życia. Proces był surowy, niemal pierwotny: ogień, powietrze i żelazo. W rozgrzanym ognisku następowało „świeżenie”, a więc oczyszczanie metalu z domieszek poprzez ich utlenianie. Węgiel, krzem, mangan - wszystko to znikało w ogniu, pozostawiając bardziej szlachetną postać żelaza.
Pierwsze fryszerki przypominały jeszcze prymitywne dymarki, ale z czasem przybrały formę solidnych, żelazem wyłożonych skrzyń. Powietrze wtłaczane przez dysze, ogień podsycany węglem drzewnym, rytmiczna praca miechów i młotów napędzanych wodą - to była symfonia technologii swojej epoki. Jeden cykl trwał około dwóch godzin, a dzienna wydajność sięgała pół tony żelaza. Dziś może to nie imponuje, ale wtedy była to produkcja, która realnie zmieniała lokalną rzeczywistość.
PRZECZYTAJ TAKŻE: Cisna, której już nie ma – wielokulturowy tygiel
Na granicy Cisnej i Lisznej powstaje Majdan, przysiółek, który wyrasta wokół przemysłu. To tutaj bije przemysłowe serce regionu, tutaj stoi wielki piec, tutaj skupia się życie robotników, rzemieślników i ich rodzin. Huta produkuje wszystko, co potrzebne w codziennym życiu: narzędzia, garnki, piece, a nawet krzyże nagrobne. Żelazo z Cisnej trafia w ręce ludzi, którzy budują, gotują, pracują i żegnają swoich bliskich.
Surowiec nie był łatwy. Ruda darniowa, wydobywana na stokach Hyrlatej i Łopiennika, była uboga i wymagająca. Limonit - żelaziak brunatny - nie należał do najwdzięczniejszych materiałów. Drobnoziarnisty, niepozorny, rozproszony w glebie, wymagał ogromu pracy, by wydobyć z niego to, co cenne. A jednak to właśnie on napędzał całą machinę. To on sprawił, że w dzikich Bieszczadach pojawił się przemysł.
Huta działała do 1864 roku. Przez kilkadziesiąt lat zmieniała krajobraz, ludzi i tempo życia. Potem zamilkła. Ogień wygasł, młoty przestały uderzać, a natura powoli zaczęła odzyskiwać teren. Dziś trudno sobie wyobrazić, że w tej spokojnej dolinie, gdzie słychać głównie wiatr i szum rzeki, kiedyś rozgrywała się walka człowieka z materią.
Ale jeśli dobrze się wsłuchać, w ciszy Cisnej można jeszcze usłyszeć echo tamtych czasów… stukot młotów, szum miechów i oddech ognia, który na chwilę uczynił to miejsce jednym z najbardziej niezwykłych punktów na mapie przemysłowej Galicji.
Komentarze (0)