Urodził się 17 lipca 1898 roku w Hucisku, w wielodzietnej rodzinie Jakuba i Anny. Dorastał w rzeczywistości, w której praca i odpowiedzialność były codziennością. Uczył się w Łańcucie i Rzeszowie, odbył służbę wojskową, a potem wybrał drogę kapłaństwa. W 1926 roku, po ukończeniu seminarium w Przemyślu, został księdzem. Kilka lat później trafił do Wołkowyi i to właśnie tam zaczęła się jego najważniejsza misja.
Nie przyjechał w Bieszczady, żeby tylko odprawiać msze. Szybko zobaczył, że największym problemem nie jest brak wiary, ale brak szans. Rozrzucone wsie potrzebowały dróg, dzieci – szkół, a ludzie – poczucia, że nie są pozostawieni sami sobie. Ksiądz Siuzdak zaczął działać z energią, która zaskakiwała i porywała innych. Organizował zbiórki, mobilizował mieszkańców, przekonywał, że wspólnymi siłami można zmienić więcej, niż się wydaje.
To dzięki niemu zaczęły powstawać drogi i szkoły. To on potrafił zebrać ludzi do pracy, pokazać im sens wspólnego wysiłku. Bieszczady powoli przestawały być odciętym światem. Ale jego działalność nie kończyła się na infrastrukturze. Kapłan rozumiał, że prawdziwa zmiana zaczyna się między ludźmi.
W regionie, gdzie obok siebie żyli Polacy, Ukraińcy i Żydzi, jego postawa była jasna i bezkompromisowa. Powtarzał: „Trzeba nieść pomoc każdemu choremu człowiekowi, czy jest Żydem, czy Ukraińcem, czy Polakiem, bo to jest człowiek.”
I nie były to tylko słowa. Pomagał bezdomnym, opiekował się chorymi, organizował dożywianie dzieci i kolonie. Uczył najmłodszych nie tylko odpowiedzialności i patriotyzmu, ale też szacunku do drugiego człowieka, niezależnie od jego pochodzenia. Z roku na rok zmieniał nie tylko przestrzeń, ale i relacje między ludźmi. W świecie pełnym podziałów tworzył wspólnotę.
Wszystko przerwała wojna. W kwietniu 1940 roku został aresztowany przez Niemców. Najpierw trafił do Baligrodu, potem do więzienia w Sanoku, gdzie przebywał od 3 kwietnia do 20 czerwca 1940 roku. Następnie został wywieziony do obozu koncentracyjnego Dachau i otrzymał numer 22536. To tam zaczęła się jego ostatnia droga.
Z Dachau został przewieziony w tzw. transporcie inwalidów do Zamku Hartheim – miejsca, które było centrum eutanazyjnym. 18 listopada 1942 roku zginął. Jego życie zakończyło się tragicznie, ale to, co zrobił wcześniej, nie zniknęło.
Po latach wrócił w pamięci jako jeden ze 122 Sług Bożych, wobec których w 2003 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny polskich męczenników II wojny światowej. Jego imię nosi dziś zespół szkół w Wołkowyi, a nazwisko zostało upamiętnione na tablicy w przemyskiej archikatedrze.
Dziś, gdy ktoś przemierza bieszczadzkie drogi, rzadko myśli o tym, kto je zapoczątkował. A jednak gdzieś pod asfaltem i kamieniem kryje się historia człowieka, który wierzył, że rozwój i człowieczeństwo muszą iść w parze. Ksiądz Jan Siuzdak nie tylko budował drogi przez góry. Budował mosty między ludźmi.
Komentarze (0)