Wielka wojna dotarła także tutaj, w góry, gdzie życie i tak było trudne. Żołnierze różnych narodów Europy walczyli w skrajnych warunkach, ignorując śnieg, lód i przenikliwe zimno. 25 stycznia 1915 roku pod Lutowiskami doszło do starcia, które w takich realiach nabrało szczególnego dramatyzmu. Austriackie oddziały rozbiły rosyjską kawalerię dowodzoną przez chana Nachiczewskiego.
To nie była zwykła potyczka. Mróz paraliżował ruchy, a każdy oddech zamieniał się w obłok pary. Konie ślizgały się na zamarzniętej ziemi, a żołnierze walczyli nie tylko z przeciwnikiem, ale i z własnym organizmem. Mimo to starcie zakończyło się zwycięstwem Austriaków, które jednak miało wysoką cenę dla miejscowej ludności.
Lutowiska zapłonęły. W trakcie walk wieś została spalona, a jej mieszkańcy znaleźli się w samym środku wojennego chaosu. Wielu z nich zginęło, inni zostali wywiezieni przez Rosjan na Syberię za sprzyjanie Austrii. Wojna nie rozróżniała między żołnierzem a cywilem – dotykała wszystkich jednakowo.
Po drugiej stronie frontu stał Husajn Chan Nachiczewański, dowódca rosyjskiej kawalerii. To niezwykle ciekawa postać. Pochodził z rodziny o długiej tradycji władzy i służby wojskowej. Urodzony w 1863 roku w Nachiczewaniu, był potomkiem ostatniego władcy miejscowego chanatu. Jego ojciec był generałem armii rosyjskiej, a on sam szybko wspinał się po szczeblach kariery.
W 1912 roku objął dowództwo brygady kawalerii, a już dwa lata później został generałem-lejtnantem i dowódcą dywizji. Po wybuchu wojny w sierpniu 1914 roku powierzono mu dowodzenie kawalerią jednego ze skrzydeł armii. Od października kierował korpusem kawaleryjskim, a w czerwcu 1915 roku awansował na generała-adiutanta, stając się jedynym muzułmaninem na tak wysokim stanowisku.
Bitwa pod Lutowiskami była jednym z wielu epizodów wielkiej wojny, ale jej obraz pozostaje wyjątkowo wyrazisty. Mróz, płonąca wieś i dramat ludzi pokazują, jak wyglądała wojna w górach – surowa, bezwzględna i niszcząca wszystko na swojej drodze.
Komentarze (0)