Rok 1648 przynosi decyzję, która zmienia wszystko. Sejmik ziemski sanocki powierza mu „obronę domową” przed węgierskimi opryszkami, którzy coraz śmielej zapuszczają się w te tereny. To nie są drobni złodzieje. To zorganizowane grupy, które potrafią sparaliżować handel i zastraszyć całe wsie. Odpowiedź musi być szybka i zdecydowana. Bal nie czeka. Tworzy zaciąg jazdy liczący sto koni. Stu uzbrojonych jeźdźców rusza na szlaki, które jeszcze chwilę wcześniej należały do zbójników. To oni mają przywrócić porządek w regionie, gdzie prawo często przegrywało z siłą.
Bo przeciwnik nie jest byle jaki. Tołhaje, zwani też beskidnikami, działają w Karpatach od XVI do połowy XVIII wieku. Atakują karawany kupieckie przemierzające szlaki od Baligrodu przez przełęcze Użocką i Łupkowską. Ich łupem padają nie tylko towary, ale też wsie, dwory, cerkwie i kościoły. Tworzą zwarte roty, maszerują pod własnymi chorągwiami, a ich obecność zdradzają bębny i kotły. Uzbrojeni w muszkiety, łuki i spisy, są groźni i dobrze zorganizowani.
Ich siła nie bierze się jednak tylko z odwagi. W tle działają wpływowi protektorzy. Niektórzy możnowładcy, zwłaszcza ze szlachty węgierskiej, wspierają ten proceder. W zamian za część łupów oferują ochronę i pomoc w razie kłopotów. To układ, który sprawia, że walka z nimi jest jeszcze trudniejsza.
Na tym tle konnica Samuela Bala staje się symbolem oporu. Jeźdźcy patrolują drogi, strzegą kupców i próbują przywrócić bezpieczeństwo na pograniczu. Równocześnie sam Bal inwestuje w rozwój tych ziem. Buduje groblę i drogę na Węgry przez Cisną, a od przejeżdżających kupców pobiera myto. To znak, że walka o bezpieczeństwo idzie w parze z próbą uporządkowania handlu i życia codziennego.
Dziś trudno uwierzyć, że spokojne bieszczadzkie doliny były kiedyś areną tak dynamicznych wydarzeń. A jednak to właśnie tutaj, między górami i przełęczami, rozgrywała się historia konnych strażników, którzy stanęli naprzeciw zbójnickich chorągwi.
Komentarze (0)