Niewielu już dziś pamięta dawną kładkę na Wetlinie, która łączyła Jaworzec z sąsiednim Łuchem. A przecież przez pewien czas była ona czymś więcej niż tylko prowizorycznym przejściem przez rzekę - stanowiła fragment jednego z pierwszych powojennych szlaków turystycznych, wytyczonych w czasach, gdy wędrowanie po Bieszczadach miało jeszcze zupełnie inny charakter.
Były to lata, gdy turystyka dopiero odradzała się na tych terenach. Nie istniała jeszcze gęsta sieć znakowanych tras, a wędrówka oznaczała raczej przemierzanie bezdroży niż podążanie wyraźnie wytyczonym szlakiem. Właśnie wtedy wyznaczono tu szlak szczególny - imienia generała Karola Świerczewskiego, znakowany barwami czerwono–biało–czerwonymi. Prowadził on z Wysokiego Działu, dalej przez Łopiennik, by następnie przez okolice Łuhu i Jaworca wyprowadzać wędrowców na Połoninę Wetlińską, aż po przełęcz Orłowicza.
Czerwony szlak i prowizoryczne belki
Odcinek między Kiczerą a Krysową, biegnący przez wsie Łuh i Jaworzec, poprowadzono właśnie tędy nieprzypadkowo. Jeszcze przed wojną istniała tu jedyna w okolicy przeprawa - skromna kładka przeznaczona głównie dla ruchu pieszego, spinająca oba brzegi Wetliny. Po wysiedleniach uległa ona zniszczeniu, lecz pozostały po niej solidne betonowe przyczółki i fundamenty filarów. To właśnie one stały się podstawą prowizorycznych rozwiązań: przerzucano przez nie długie, drewniane belki, po których turyści przedostawali się na drugi brzeg.
Było to jednak rozwiązanie nietrwałe. Każdej wiosny, gdy wezbrane wodą roztopową koryto rzeki nabierało siły, nurt porywał te kruche konstrukcje. Co roku trzeba było budować przeprawę od nowa - znów układać belki, znów improwizować. Aż wreszcie rzeka dopięła swego. Kolejne powodzie przesunęły betonowe podpory, rozmyły fundamenty i rozrzuciły ich fragmenty w dół biegu rzeki. Dziś pozostały po nich jedynie nikłe ślady - ledwie czytelne relikty, znajdujące się już nie w miejscu dawnej przeprawy.
Marsz w bród przez wezbraną wodę
Po ostatecznym zniszczeniu kładki wędrowcy zmuszeni byli przekraczać rzekę w bród. Tak wyglądała dalsza droga tym „wolnościowym” szlakiem - wymagająca, niepewna, uzależniona od kaprysów górskiej wody. Nie zawsze było to możliwe, zwłaszcza że organizowane wówczas rajdy, poświęcone generałowi, odbywały się wiosną. Wysoki stan wody skutecznie uniemożliwiał przejście, co z czasem doprowadziło do rezygnacji z tej trasy.
Dopiero wiele lat później sytuacja uległa zmianie. Lasy Państwowe wybudowały solidne mosty betonowe, które zapewniły trwałe przeprawy przez Wetlinę w rejonie dawnych wsi Łuh i Jaworzec. Jeden z nich powstał dalej w dół rzeki, drugi -bliżej Kalnicy. To właśnie tam ostatecznie poprowadzono nowy przebieg szlaku turystycznego, już nie związanego z dawną ideologią, lecz oznaczonego zwyczajnym, czarnym kolorem. Trasa ta wiedzie dziś w pobliżu schroniska, omijając jednak miejsce szczególne - dawną przeprawę oraz stojący nieopodal krzyż pańszczyźniany, upamiętniający zniesienie pańszczyzny.
Świadek bieszczadzkiej przeszłości
Dziś niewielu zdaje sobie sprawę, że właśnie tutaj, w tym pozornie zwyczajnym miejscu nad rzeką, znajdowała się niegdyś kładka, przez którą prowadził szlak i którą przekraczało się nurt Wetliny, wychodząc wprost na brzeg ze starym krzyżem. Zachowane fotografie mają więc wartość nie tylko dokumentalną, lecz także symboliczną - przypominają o czasach, gdy nawet tak niewielka rzeka potrafiła być poważną przeszkodą, a przejście na drugi brzeg wymagało odwagi, rozwagi i odrobiny determinacji.
Zdjęcie zrobiono z prawego brzegu rzeki. Fotograf stał na wysokim brzegu, w pobliżu wspomnianego krzyża.
Tekst: Zbigniew Maj, autor książki "Bieszczadzka Odyseja"
Źródło zdjęcia: Podkarpacka Biblioteka Cyfrowa (PBC) / Udostępnione dzięki uprzejmości: Fb Zbigniew Maj
Komentarze (0)