Na ziemiach polskich takie sytuacje należały do rzadkości. W pamięci historycznej właściciele ziemscy to przede wszystkim polscy, litewscy czy ruscy szlachcice. Tymczasem w Bieszczadach wydarzyło się coś, co wyłamuje się z tego obrazu i przyciąga uwagę każdego, kto interesuje się historią regionu. Baligród – dziś spokojna miejscowość – kiedyś tętnił życiem. Leżał na ważnym szlaku prowadzącym na Węgry, a jarmarki i targowiska przyciągały ludzi z różnych stron. Wraz z rozwojem miasta rosła także społeczność żydowska. Pierwsi jej przedstawiciele pojawili się tu już w 1604 roku. Z czasem ich liczba systematycznie rosła – w 1765 roku było ich 144, w 1785 już 400, a na początku XIX wieku społeczność była na tyle rozwinięta, że posiadała własną łaźnię i szpital.
Pod koniec XIX wieku Baligród wchodzi w zupełnie nowy rozdział swojej historii. W latach 1870–1898 właścicielem dóbr baligrodzkich oraz pobliskich folwarków w Bystrem, Cisnej, Huczwicach, Mchawie, Rabem i Stężnicy był Hersz Grossinger. To moment wyjątkowy, bo rzadko zdarzało się, by przedstawiciel narodu żydowskiego był właścicielem tak rozległych dóbr ziemskich. To nie był epizod bez znaczenia. W 1870 roku w Baligrodzie mieszkało 147 rodzin żydowskich, liczących 435 osób. Gmina była dobrze zorganizowana, posiadała synagogę, cmentarz oraz szkołę wyznaniową. Funkcjonował także kahał – struktura, która zarządzała życiem społeczności, łącząc tradycję z obowiązującym prawem.
Po śmierci Hersza Grossingera majątek nie zniknął z rąk jego rodziny. Jak podaje Wikipedia przejęli go synowie, Lazar i Chaim, choć według portalu sztetl.org.pl Grossinger odsprzedał go z wielkim zyskiem. Historia Baligrodu przypomina, że Bieszczady kryją w sobie nie tylko piękne krajobrazy, ale także opowieści, które potrafią zmienić sposób patrzenia na przeszłość. To miejsce, gdzie historia nie jest oczywista – i właśnie dlatego tak fascynuje.
Komentarze (0)