Rajskie, pierwotnie nazywane Ralskim, jest dziś wsią w gminie Solina, w powiecie leskim. Ma status sołectwa. Jego historia jest jednak znacznie starsza niż współczesne drogi, pensjonaty i turystyczne szlaki. Przez lata życie tej miejscowości związane było z dworem, pracą zakonnic i przemysłem naftowym.
Około 1869 roku dziedziczka wsi Urszula Golejewska herbu Łosiów założyła w Rajskiem kopalnię ropy. W miejscowym dworze z czasem znalazło swoją siedzibę Zgromadzenie św. Wincentego a Paulo. Siostry szarytki prowadziły tutaj ochronkę. Było to miejsce, w którym opiekowano się ludźmi i prowadzono codzienną pracę mimo trudnych warunków. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że przyjdzie czas, gdy właśnie ta ochronka znajdzie się w centrum dramatycznych wydarzeń.
Był czerwiec 1944 roku. Wojna wciąż trwała, ale na tych terenach coraz częściej dochodziło do napadów i mordów. Rajskie znalazło się w świecie, w którym sąsiad mógł z dnia na dzień stać się wrogiem, a informacja o czyjejś rzekomej współpracy z przeciwnikiem mogła zakończyć się wyrokiem śmierci. W latach 1944–1946 nacjonaliści ukraińscy z OUN-UPA zamordowali w Rajskiem 21 osób. Ofiarami byli Polacy, ale również Ukraińcy, którym zarzucano współpracę z Wojskiem Polskim. Ta liczba nie jest tylko wojenną statystyką. Za każdym nazwiskiem – czy to polskim czy ukraińskim - kryło się życie człowieka, rodzina i miejsce, które nagle stawało się miejscem tragedii.
W czerwcu 1944 roku zagrożenie dotarło również do ochronki sióstr szarytek. Napastnicy pojawili się w miejscu, które nie było przecież posterunkiem wojskowym ani miejscem walki. Pracowali tam księża i siostry zakonne. Ludzie, których codziennością była opieka nad innymi, znaleźli się nagle w sytuacji, w której sami potrzebowali ratunku. W takich chwilach nie ma czasu na długie rozważania. Jest strach, zamieszanie i pytanie, czy uda się przeżyć najbliższe minuty. I właśnie wtedy pojawił się ksiądz Boziuch. Był duchownym greckokatolickim. Jak podaje Wikipedia sprzyjał Polakom. Kiedy zobaczył zagrożenie, zdecydował się interweniować. Nie pozostał obojętny i nie odsunął się od wydarzeń, choć sytuacja była niezwykle niebezpieczna. Jego interwencja uratowała życie pracujących w ochronce księży i sióstr zakonnych.
Wojenne historie często opisuje się za pomocą wielkich nazwisk, bitew i dat. Tymczasem los Rajskiego pokazuje, że równie ważne bywają chwile, o których zachowało się znacznie mniej informacji. Kilka osób w jednym miejscu. Napastnicy. Bezbronni ludzie. I duchowny, który zdecydował się zareagować. Nie wiemy dziś wszystkiego o przebiegu tej interwencji. Nie zachowały się szczegółowe opisy każdej minuty tego wydarzenia. Wiemy jednak to, co najważniejsze: ksiądz Boziuch interweniował i dzięki temu księża oraz siostry zakonne uniknęli śmierci. To właśnie ten moment sprawia, że historia Rajskiego jest czymś więcej niż opowieścią o wojnie. Jest także opowieścią o wyborze.
W czasach, kiedy przemoc potrafiła dzielić ludzi według narodowości, wyznania czy podejrzeń o współpracę z przeciwnikiem, ksiądz Boziuch stanął po stronie zagrożonych. Był grekokatolikiem, a mimo to pomógł Polakom, katolikom. W świecie, w którym coraz trudniej było ufać komukolwiek, wykonał gest, który miał bardzo konkretny skutek – ludzie przeżyli.
Dziś łatwo patrzeć na tamte wydarzenia z bezpiecznej perspektywy czasu. Łatwo powiedzieć, że należało pomóc. W czerwcu 1944 roku nie było jednak pewności, co wydarzy się za chwilę. Nie było gwarancji, że interwencja zakończy się powodzeniem. Było za to realne zagrożenie. Dlatego czyn księdza Boziucha pozostaje jednym z najbardziej przejmujących epizodów historii Rajskiego.
Ta historia nabiera jeszcze większej siły, kiedy spojrzymy na miejsce, w którym się wydarzyła. Dzisiejsze Rajskie jest częścią gminy Solina. Współczesny krajobraz Bieszczad potrafi skutecznie ukryć dawne dramaty. Przyroda nie pamięta ludzkiego strachu w taki sposób jak człowiek. Góry pozostają na miejscu, drzewa rosną, zmieniają się drogi i zabudowania.
Pamięć o przeszłości trzeba więc przywracać opowieścią. I właśnie dlatego, gdy dziś odwiedzamy Rajskie, warto spojrzeć na tę miejscowość inaczej. Nie tylko jak na punkt na mapie Bieszczadów, miejsce odpoczynku czy element turystycznego krajobrazu. To także przestrzeń, w której wydarzyły się rzeczy trudne, bolesne i wymagające pamięci.
W Bieszczadach takich historii jest wiele. Nie każda ma pomnik, tablicę czy wielki napis. Czasem pozostaje tylko wspomnienie przekazywane przez kolejne pokolenia. Ale właśnie takie historie sprawiają, że podróż przez Bieszczady staje się czymś więcej niż oglądaniem pięknych widoków. Za krajobrazem zaczynamy dostrzegać ludzi, ich dramaty i ich wybory. A historia księdza Boziucha przypomina, że nawet w czasie wojny, kiedy wszystko wydawało się prowadzić ku przemocy, jeden człowiek mógł zdecydować inaczej.
Komentarze (0)