Powojenne Targi Końskie w Lutowiskach od lat są miejscem, w którym przypomina się historię koni oraz ich znaczenie dla rozwoju Bieszczadów. Obok pokazów jeździeckich, prezentacji koni i wydarzeń artystycznych ważnym elementem tegorocznej edycji była prezentacja autorska książki Edwarda Marszałka „Historie batem pisane. Parki konne w latach 1945–1990”. Spotkanie zgromadziło osoby zainteresowane historią regionu, a autor przybliżył nie tylko kulisy powstawania publikacji, ale również opowiedział o ludziach, którzy przez wiele lat pracowali w parkach konnych funkcjonujących na terenie Bieszczadów.
Historia zapisana pracą ludzi i koni
Edward Marszałek podkreślał, że książka jest przede wszystkim opowieścią o ludziach oraz ich codziennym życiu. Jak zaznaczył, sam tytuł nie jest przypadkowy.
Tytuł „Historie batem pisane” nie jest przypadkowy. Dawniej bat był atrybutem furmana, wozaka czy woźnicy. W Bieszczadach przyjęło się, że w parkach konnych, czyli państwowych jednostkach transportowych, pracowali przede wszystkim wozacy, choć niektórzy uważali, że furman to wyższa ranga
– mówił Edward Marszałek.
Autor przyniósł na spotkanie bat pochodzący z Parku Konnego w Zatwarnicy, który – jak wyjaśnił – otrzymał od Józefa Króla. Był on nie tylko pamiątką po dawnych czasach, ale również symbolem pracy ludzi związanych z transportem konnym.
Bat nie służył do karania koni
Podczas spotkania Edward Marszałek zwrócił uwagę, że wokół bata narosło wiele błędnych wyobrażeń. Jak wyjaśnił, nie był on narzędziem służącym do zadawania bólu zwierzętom.
Bat nie służył do bicia koni. Miał przede wszystkim świstać i był dla woźnicy czymś w rodzaju kierownicy czy skrzyni biegów
– podkreślał.
Fot. Kamil Mielnikiewicz
Autor wyjaśnił również pochodzenie jednego z popularnych powiedzeń funkcjonujących w języku polskim.
Mało kto wie, dlaczego w języku polskim utarło się powiedzenie „skręcić na kogoś bat”. Wszystko przez to, że normalny bat powinien być kręcony – i to nie w fabryce, ale przez doświadczonego furmana. Ten bat był wykonywany z drutów odzyskanych z liny kopalnianej
– opowiadał.
Parki konne przez lata były częścią bieszczadzkiego krajobrazu
Edward Marszałek przypomniał, że po II wojnie światowej transport konny odgrywał w Bieszczadach niezwykle ważną rolę. W regionie funkcjonowało około trzydziestu parków konnych.
Tym batem napisano wiele bieszczadzkich historii. Dotyczą one okresu od lat pięćdziesiątych do około 1990 roku, czyli czasu funkcjonowania parków konnych. W całym regionie działało ich około trzydziestu, z czego aż jedna szósta znajdowała się na terenie obecnej gminy Lutowiska. Parki funkcjonowały między innymi w Wołosatem, Pszczelinach, Zatwarnicy czy Dwerniku. To właśnie tutaj konie były niezastąpione w pracy na terenach, gdzie nie mogły dotrzeć inne środki transportu
– przypomniał.
Świat, którego już nie ma
Autor zwrócił uwagę, że wraz z likwidacją parków konnych zakończyła się pewna epoka w historii regionu.
Te historie zniknęły. Minęło 35 lat od czasu, kiedy ostatnie zaprzęgi państwowych parków konnych jeździły po Bieszczadach. Później pracowali jeszcze prywatni wozacy, ale konie z lasów praktycznie zniknęły. Pozostały jednak opowieści i ludzie, których spotykam
– podkreślił.
Edward Marszałek zaznaczył, że właśnie rozmowy z byłymi wozakami, rymarzami czy kowalami pozwoliły zachować pamięć o tamtym czasie.
Konie przystosowane do ciężkiej pracy
Podczas spotkania autor mówił również o samych koniach wykorzystywanych w parkach konnych. Jak zaznaczył, nie były to niewielkie konie huculskie.
W parkach konnych pracowały nie niewielkie hucuły, lecz silne konie wymagające masywnych podków. Korzystano także z różnych rodzajów wędzideł – miękkich i twardych
– wyjaśniał.
Fot. Kamil Mielnikiewicz
Opowiedział także o swojej wieloletniej pracy jako leśniczy, dzięki której miał okazję obserwować zmiany zachodzące w bieszczadzkim transporcie.
Przez wiele lat pracowałem jako leśniczy. Gdy wozacy zaczęli sprzedawać konie i zastępować je traktorami, postanowiłem zbierać dzwonki, ponieważ każdy koń miał swój własny. Zimą brak dzwonków przy saniach mógł skończyć się mandatem, podobnie jak jazda po zmroku bez lampy. Każdy koń miał swój charakterystyczny dźwięk
– wspominał.
Edward Marszałek podkreślił, że książka jest efektem wielu spotkań oraz rozmów z osobami, które tworzyły historię parków konnych.
Książka ma zaledwie 300 stron, ale kryją się za nią setki ludzi – wozacy, rymarze, kowale i wszyscy ci, którzy współtworzyli tę historię
– zaznaczył.
Historia, która nadal budzi zainteresowanie
Prezentacja książki podczas Powojennych Targów Końskich doskonale wpisała się w charakter całego wydarzenia, którego celem jest przypominanie tradycji związanych z końmi oraz historią Bieszczadów. Spotkanie z Edwardem Marszałkiem pokazało, że mimo upływu lat temat parków konnych nadal budzi zainteresowanie mieszkańców regionu i odwiedzających. Opowieści autora pozwoliły spojrzeć na konie nie tylko jako zwierzęta towarzyszące człowiekowi, ale również jako nieodłączny element powojennej odbudowy Bieszczadów oraz codziennego życia ludzi pracujących w lesie. Dzięki zachowanym wspomnieniom, relacjom świadków i publikacjom takim jak „Historie batem pisane. Parki konne w latach 1945–1990”, pamięć o tej części bieszczadzkiego dziedzictwa nadal pozostaje żywa.
Komentarze (0)