Podczas pierwszej edycji Przystanku Bieszczady Rock Festiwal emocji nie brakowało, ale to właśnie koncert zespołu KSU stał się prawdziwym punktem kulminacyjnym wydarzenia. Wielu uczestników nie kryło, że to właśnie dla tej grupy przyjechało do Leska. Jak sami mówili: „to właśnie dla KSU tu jesteśmy”.
Formacja pochodząca z Ustrzyk Dolnych zagrała koncert, który na długo zapadnie w pamięć uczestnikom. Od pierwszych dźwięków zespół porwał zgromadzoną publiczność, a energia pod sceną nie słabła ani na moment. Repertuar obejmował zarówno starsze, dobrze znane utwory, jak i te nowsze, co pokazało, że KSU wciąż potrafi odnaleźć się w zmieniających się muzycznych realiach, nie tracąc przy tym swojej tożsamości.
Interakcja, która buduje wspólnotę
Na szczególne uznanie zasługuje postawa lidera zespołu, Eugeniusza „Siczki” Olejarczyka. Nie ograniczał się on jedynie do występu na scenie – wielokrotnie schodził do publiczności, śpiewając razem z fanami, a niekiedy nawet oddając im mikrofon. Ta bezpośrednia interakcja stworzyła niezwykle autentyczną więź, która wzmacniała poczucie wspólnoty między artystami a słuchaczami.
Historia z Bieszczadami w tle
KSU to zespół, którego historia nierozerwalnie związana jest z Bieszczadami. Powstał pod koniec lat 70. w Ustrzykach Dolnych, miejscu, które choć odcięte od wielkich centrów muzycznych, stało się jednym z pionierów punk rocka w Polsce. Grupa od samego początku wypracowała własny styl zarówno pod względem brzmienia, jak i estetyki scenicznej. To właśnie lokalny patriotyzm, autentyczność i szczerość przekazu sprawiły, że KSU szybko zyskało wiernych fanów. Przez ponad 40 lat działalności muzycznej zespół rozwijał swoje brzmienie, coraz śmielej czerpiąc z różnych odmian rocka, ale nigdy nie zrywając więzi z punkowymi korzeniami.
Komentarze (0)