Reklama

Reklama

Nawiedzony dom czy ślady historii? Opowiadania z brulionu Jędrusia Ciupagi

Opublikowano: Ostatnia modyfikacja:
Autor: | Zdjęcie: Pixabay

Nawiedzony dom czy ślady historii? Opowiadania z brulionu Jędrusia Ciupagi - Zdjęcie główne

foto Pixabay

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Bieszczadzkie dzieje Często dzwonią lub piszą do mnie Ci, którzy chcą się podzielić historią związaną z powojennymi Bieszczadami. Tak było też tym razem. Odezwał się do mnie Pan Stefan, który opowiedział mi tę niezwykłą historię.

Byli paczką zgranych przyjaciół studiujących na rożnych uczelniach w stolicy. Łączyła ich jedna pasja -  Bieszczady. Wspólną letnią eskapadę w Bieszczady planowali od jesieni. 

Wyprawa w Bieszczady

Połowa lat 60. ubiegłego wieku nie bardzo sprzyjała adeptom gór. Nie było łatwo o sprzęt turystyczny, który zdobywali sobie tylko wiadomymi sposobami. Przez całą zimę, w chwilach wolnych od nauki, planowali trasy i omawiali każdy szczegół wyprawy. Trasa miała przebiegać z dala od wytyczonych szlaków, a biwak mieli rozbijać tam gdzie zastanie ich noc.

Wreszcie przyszedł upragniony dzień wyjazdu. Obładowani jak wielbłądy, wczesnym rankiem w komplecie zjawili się na dworcu. Po całym dniu podróży w ciasnych i dusznych wagonach odetchnęli wreszcie Bieszczadzkim powietrzem.

Rozklekotana ciężarówka, która jechała w kierunku Ustrzyk zabrała całą ferajnę na pakę. Kierowca rewelacyjnie znający okolicę wskazał im małą polanę, na której mogli się rozbić. Była już późna noc, kiedy w zupełnych ciemnościach wbijali śledzie do namiotu. Byli zmęczeni, ale szczęśliwi.

Rankiem po śniadaniu, które smakowało wyśmienicie ruszyli w góry. Pogoda była cudna, powietrze falowało nad łąkami, a w górze niósł się ptasi śpiew. Górskie strumienie gasiły pragnienie. Tak mijały kolejne dni. Według rozpisanej marszruty mieli przejść w okolice pasma Otrytu. Stamtąd mieli kierować się w kierunku cywilizacji.

Słońce grzało niemiłosiernie gdy w oddali dostrzegli ciemne chmury na horyzoncie. Nie wróżyło to nic dobrego. Nadciągała potężna burza. Znajdowali się na ogromnej polanie kiedy zerwał się silny wiatr. O rozbiciu namiotów nawet nie było mowy. Wiedzieli, że burza w górach to nie przelewki. Któryś z nich dostrzegł na skraju lasu opuszczoną chałupę. Nic lepszego nie mogło ich spotkać.

Opuszczona chata

Co prawda, chałupa przedstawiała opłakany widok, w oknach brakowało szyb, a drzwi ledwo wisiały na zawiasach, ale stała i dawała ochronę przed burzą. Robiło się coraz ciemniej, a wiatr dosłownie przygniatał ich do ziemi. Ciężkie krople zaczęły dudnić po strzesze gdy byli już w środku. Pierwszą rzeczą jaka ich zaskoczyła to przeraźliwy chłód. Jeszcze kwadrans temu żar lał się z nieba, a tu czuli się jak w lodówce.

Wnętrze również przedstawiało opłakany widok. Sprzęty gospodarskie były połamane, po kątach walały się resztki odzieży i tylko mała ikona, za którą była zasuszona wiązka ziół świadczyła o tym, że kiedyś ten dom tętnił życiem.

Tymczasem burza nadciągała na dobre. Cieszyli się, że udało im się znaleźć to miejsce. Nawałnica jakby przybierała na sile. Około godz. 22 przyszło apogeum. Piorun uderzył kilkanaście metrów od domu, a oni zamarli z przerażenia kiedy błyskawica oświetliła wnętrze izby. Na ścianach i resztkach sprzętu dostrzegli plamy zaschniętej krwi. Kolejna błyskawica rozświetlająca pomieszczenie utwierdziła ich w przekonaniu, że to co widzą nie jest wytworem wyobraźni.

Tymczasem burza rozszalała się na dobre. Nigdy w życiu nie przeżyli czegoś takiego. Wtuleni w siebie siedzieli w zupełnych ciemnościach. W pewnym momencie usłyszeli głosy, najpierw okrzyki jednak gwizd wiatru przedzierający się przez szczeliny zagłuszał słowa więc nie mogli nic zrozumieć. Potem usłyszeli płacz i jęki. Odgłos turkot kół wozu i cwału końskich kopyt dopełnił grozy sytuacji.

Drzewa łamały się jak zapałki. Przy takiej nawałnicy chałupę, w której się zatrzymali powinno roznieść w drobny mak. Zauważyli, źe pomimo ogromnej burzy braku szyb i nieszczelnych drzwiach ani jeden podmuch wiatru nie wpadł do środka. Nawałnica ucichła po północy, do rana żaden nie zmrużył oka.. Nikt też nie odezwał się ani słowem. Skoro świt wszyscy wyszli na zewnątrz. Okolica wyglądała jak po bitwie. Postanowili jak najszybciej opuścić to miejsce.

"Tylko jeden z nas postanowił bliżej przyjrzeć się wnętrzu gdzie spędziliśmy upiorną noc. Ciekawość nie dawała mu spokoju. Pod belką podtrzymującą powałę dostrzegł metalowego orzełka. Zawinął go w chusteczkę i wyszedł". Do szybkiego marszu nie trzeba było nikogo zachęcać. Do najbliższej wsi mieli godzinę drogi. W małym wiejskim sklepiku piwo smakowało jak nigdy. Ekspedientka okazała się osobą nadzwyczaj rozmowną. Nikt jednak nie poruszał tematu nocnej grozy. Luźna rozmowa zeszła na tematy co działo się tu tuż po wojnie.

Przerażająca historia 

"Pamiętam jakby to było wczoraj - zaczęła swą opowieść korpulentna kobieta. Ukraińskie sotnie niepodzielnie rządziły na tym terenie. Krew przelewała się tu na co dzień. Wojsko ich tropiło, a oni jakby zapadali się pod ziemię. Niedaleko stąd, na polanie, mieszkała kobieta z mężem i dwójką dzieci. Szeptuchą była, ziołami leczyła, a mówili że i zaklęcia znała. Ludzi z najgorszych chorób wyciągała. Miała dwie córeczki śliczne jak aniołki. Ci z lasu wieczorami ją brali, zakładali worek na głowę i do leśnych szpitali wywozili. Tam leczyła tych co byli ranni i chorzy. Przychodzili też po maści i zioła wszelakie dla rannych.

Pewnego dna do chyży doczołgał się ciężko ranny żołnierz. Ukryli go na strychu głęboko w sianie. Ranny majaczył i kaszlał. Kiedy wieczorem przyszli by znów zabrać ją do szpitala usłyszeli kasłanie dobiegające znad powały. Dzieci zginęły pierwsze - na oczach matki, na końcu zamordowali Polskiego żołnierza. Nie kryli się ze swoją zbrodnią. Mówili ze spotka to każdego, kto będzie pomagać Wojsku Polskiemu. Śmiali się kiedy umierająca mata rzuciła na nich klątwę. Mieli umierać w męczarniach tak jak jej rodzina. Dom po dokonanej zbrodni oczywiście spalili.

Po kilku dniach okolicą wstrząsnęła ogromna eksplozja. Potężny słup ognia i dymu wzbił się w niebo. Co się stało? Padało pytanie ze wszystkich niemal ust.  Ano podobno ci co w mordzie uczestniczyli furmanką miny wieźli. Mieli założyć pułapkę na wojsko. Zginęli nieopodal domu, gdzie popełnili zbrodnię. Radzę omijać to miejsce z daleka. Dziwne rzeczy się tam dzieją" - tymi słowami zakończyła tą straszną opowieść.

Tymczasem do sklepu wszedł mężczyzna z głęboką blizną na policzku. Zaraz będzie jechać transport możecie się z nim zabrać. Wyszliśmy bez słowa. Języki rozwiązały nam się dopiero w drodze do domu. Co to było?

Minęły wakacje, opadły emocje. Nastał czas studiów. Jedna z koleżanek pracowała w laboratorium kryminalistycznym. Daliśmy jej orzełka do przebadania. Nie ulegało wątpliwości, że zachowały się na nim ślady ludzkiej krwi.

Od tego momentu nasze zimowe spotkania opanował jeden temat. Dotyczył on tego co się wydarzyło podczas upiornej, burzowej nocy.  Toczące się kamienie mogły wydawać odgłosy turkotu kół, łamiące się drzewa do złudzenia mogły przypominać jęki i płacz ludzi, a tylko zniekształcone przez wiatr dźwięki docierały w tej formie do nas. Jedynie co, to po śladach krwi mogliśmy stwierdzić, że opis zbrodni mógłby się zgadzać. Błyskawica dawała światło jak lampa fluorescencyjna i dlatego było widać ślady krwi.

Zapadła decyzja - kolejne wakacje poświęcamy na rozwiązanie zagadki. Czas zleciał szybko. Do miejsca, w którym przeżyliśmy chwile grozy dotarliśmy przed południem. Kikuty pozostałe po połamanych drzewach były pamiątką po ubiegłorocznej nawałnicy. Studnia i szemrzący w dole strumień wskazywały, że jest to to miejsce. Jednak po rozpadającej się chyży nie było ani śladu...W miejscu gdzie stała była tylko kamienna podmurówka. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia.

Przeszukaliśmy dokładnie okolicę. Nie było śladu ani pożaru ani ewentualnej rozbiórki. Jakby chałupa wyparowała. Z bukowych gałęzi zrobiliśmy krzyż. Dziewczyny zdjęły  chustki z głów tworząc na krzyżu biało-czerwone barwy wraz z orzełkiem krzyż stanął na miejscu chałupiska. Postanowiliśmy wracać, a wieś ominęliśmy szerokim łukiem. Mijały lata, ludzie z którymi przeżyłem te dziwne chwile rozjechali się po świecie. Dziś jestem emerytowanym profesorem jednej z Warszawskich uczelni. Wiele razy analizowałem to co wtedy tam się wydarzyło. Niestety żadne logiczne wytłumaczenie nie przychodzi mi do głowy.

Było już grubo po północy, gdy nasza rozmowa z panem Stefanem dobiegła końca. Obiecałem mu, że opiszę tę historię co też czynię.
Jakie jeszcze tajemnice kryją Bieszczadzkie lasy? O tym już niebawem.

Z bieszczadzkim pozdrowieniem Jędruś Ciupaga 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy