To opowieść o nadziei, pracy, tęsknocie za ojczyzną i o tym, jak historia potrafi niespodziewanie połączyć odległe światy.
Trzcianiec to niewielka osada w województwie podkarpackim, w powiecie bieszczadzkim, należąca do gminy Ustrzyki Dolne. Dziś jest spokojną miejscowością, lecz w drugiej połowie XX wieku stała się jednym z miejsc osiedlenia greckich uchodźców politycznych. Obecność Greków w tej części Polski była bezpośrednim skutkiem dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się w Grecji po II wojnie światowej. W latach 1946–1949 kraj pogrążył się w wojnie domowej pomiędzy siłami komunistycznymi a rządem wspieranym przez Zachód. Po klęsce komunistycznego powstania tysiące jego uczestników i sympatyków zostało zmuszonych do opuszczenia ojczyzny. Według opracowań dotyczących greckiej diaspory w Polsce w latach 1948–1956 do naszego kraju przybyło niemal 13,5 tysiąca Greków, głównie z Macedonii i Tesalii.
Początkowo uchodźcy zostali osiedleni przede wszystkim na Dolnym Śląsku – we Wrocławiu, Zgorzelcu i innych miastach regionu. Tam powstały pierwsze struktury ich życia społecznego, w tym Związek Uchodźców Politycznych z Grecji w Polsce oraz redakcja pisma „Dimokratis”, wydawanego w języku greckim i macedońskim. Informacje o działalności tej organizacji pojawiają się w publikacjach historycznych dotyczących powojennej emigracji greckiej w Europie Środkowej. Jednak brak mieszkań i pracy sprawił, że wielu Greków zaczęło szukać nowych miejsc do życia. W tym samym czasie powojenne Bieszczady pozostawały niemal wyludnione po wysiedleniach ludności ukraińskiej i łemkowskiej.
Jak opisuje były burmistrz Ustrzyk Dolnych Bartosz Romowicz w swoich tekstach poświęconych historii regionu, w listopadzie 1951 roku władze państwowe podjęły decyzję o przesiedleniu w okolice Ustrzyk Dolnych około dwóch tysięcy greckich rolników. Uznano, że w górskim regionie znajdą oni warunki odpowiadające ich umiejętnościom i będą mogli pracować w rolnictwie. Przesiedlenia rozpoczęły się zimą 1951 roku i trwały do wiosny 1952 roku. Grecy osiedlili się głównie w Krościenku, które stało się centrum ich życia w Bieszczadach, ale trafili również do okolicznych miejscowości – Moczarów, Liskowatego oraz Trzciańca. Według danych przytaczanych w opracowaniach regionalnych w połowie 1952 roku mieszkało w Bieszczadach około dwóch tysięcy Greków, a rok później liczba ta wzrosła już do trzech tysięcy.
W Trzciańcu greccy osadnicy pojawili się w 1959 roku. Utworzyli tam spółdzielnię produkcyjną i zaczęli zagospodarowywać ziemię opuszczoną wcześniej przez dawnych mieszkańców. Informacje o funkcjonowaniu tej spółdzielni pojawiają się w materiałach regionalnych oraz opisach historii wsi. Ich życie codzienne szybko nabrało rytmu pracy w polu, hodowli zwierząt i wspólnego gospodarowania. Choć znaleźli się tysiące kilometrów od ojczyzny, starali się zachować własne tradycje i zwyczaje. Jednym z najbardziej charakterystycznych wydarzeń były coroczne dożynki, podczas których pieczono barana – zwyczaj wspominany w relacjach mieszkańców i w tekstach dotyczących greckiej społeczności w Bieszczadach.
Ważnym elementem życia społeczności była szkoła, w której uczyły się razem dzieci greckie i polskie. Według informacji zawartych w opracowaniach regionalnych pracowali tam zarówno nauczyciele z Polski, jak i z Grecji. Dzięki temu młodsze pokolenie mogło jednocześnie poznawać język i kulturę nowego kraju oraz zachowywać więź z własnymi korzeniami.
Z tamtych lat zachowały się także poruszające wspomnienia. Jedno z nich opisał Roman Bamburak, którego relacja została przytoczona na stronie Apokryf Ruski – portalu dokumentującym historię dawnych mieszkańców Bieszczadów:
Cmentarz ogrodzony żerdziami, pasą się krowy PGR, ludzie rozmawiają po grecku. Podchodzi jeden, czarny, niemyty, myślałem, że Cygan. Pyta mnie, skąd jestem. Ja mówię, że z Trzciańca, a on, że dwa lata tu mieszka i nikogo tu nie widział… „Człowieku, jaki ty głupi jesteś… – pomyślałem, a głośno powiedziałem: „Człowieku, nie możesz tu paść krów, bo to miejsce święte. On na to, że w Indiach krowy są święte. „To idź do Indii…” – powiedziałem i poszedłem do mogił moich krewnych. Płakałem, a łzy nie padały na mogiłę, a w ślady krowich kopyt.
[fragment nieopublikowanych wspomnień R. Bamburaka, archiwum B. Huka]
Liczba Greków w Bieszczadach zmieniała się z czasem. Wielu z nich w poszukiwaniu lepszych warunków życia przenosiło się do innych miast Polski. Po 1956 roku część uchodźców zaczęła opuszczać kraj i wyjeżdżać do państw bliższych Grecji – między innymi do Bułgarii, Albanii, Jugosławii, Węgier czy Czechosłowacji. Informacje o tych migracjach pojawiają się w opracowaniach naukowych dotyczących greckiej emigracji politycznej w Europie po II wojnie światowej. Z czasem także w Trzciańcu społeczność grecka zaczęła znikać. Po wyjeździe Greków spółdzielnię przejęło Wojskowe Gospodarstwo Rolne w Kwaszeninie, o czym wspominają regionalne opracowania historyczne dotyczące powojennych przemian w Bieszczadach.
Dziś w Trzciańcu niewiele przypomina o tym niezwykłym epizodzie historii. Jednak w pamięci regionu wciąż żyje opowieść o ludziach, którzy przybyli tu z dalekiej Grecji, by wśród bieszczadzkich wzgórz budować nowe życie. Ich historia, zachowana w relacjach świadków, publikacjach regionalnych oraz materiałach historycznych, przypomina, że Bieszczady były nie tylko krainą dzikiej przyrody i samotnych wędrówek, lecz także miejscem spotkania kultur i losów z różnych stron świata. A gdy dziś spaceruje się po tych spokojnych dolinach, łatwo wyobrazić sobie, że gdzieś wśród szumu wiatru nad połoninami wciąż pobrzmiewa echo dawnych rozmów prowadzonych w języku, który przybył tu aż z południa Europy.
Komentarze (0)