Koliba pod Obnogą

Kto zna Bieszczady, musiał być na Kolibie. Mała chatka myśliwska wybudowana przez Nadleśnictwo Stuposiany w 1976 roku służyła wytrawnym łowcom w czasach słynnego pułkownika D., będąc niejako tajnym obiektem, dostępnym tylko dla wybranych.

Powyżej chatki stała wiata ze żłobem, zastępująca stajnię dla koni – w tamtych latach furmani z parku konnego w Pszczelinach byli do polowań równie niezbędni jak sztucer. 

Z chwilą wybudowania dewizówki w Mucznem oraz zagęszczenia sieci leśnych stokówek, Koliba straciła na swym myśliwskim znaczeniu, a w 1981 roku po likwidacji ośrodka łowieckiego URM i zwróceniu Mucznego Lasom Państwowym, zniknęła z ewidencji środków trwałych.

Mimo to wciąż trwała chatka pod Obnogą…

Wzniesiono ją na górnej krawędzi polany, z której widać Halicz i Kopę Bukowską. Nie ma drugiego takiego widoku w Bieszczadach, jak z okna tej chatki. I już nie będzie… bo pewnej nocy 1 listopada spłonęła doszczętnie.

Fot. Edward Marszałek

Po raz pierwszy byłem na Kolibie początkiem września 1981 roku. Przyprowadził mnie tu Witek Bober, kolega leśnik z Mucznego. Idąc tam nazbieraliśmy dwa plecaki podgrzybków, które przyrządziliśmy w dużym garnku na ogniu w kominku, żywiąc się nimi przez dwa dni.

Od tego czasu domek w górach stał się dla nas, kilku stażystów i podleśniczych z Nadleśnictwa Stuposiany, swoistym azylem. Dla mnie zaś osobiście miejscem, z którym wiąże się wiele dobrych chwil. Zaglądaliśmy tam w dni wolne, a nawet w robocze wieczorem (z Mucznego to tylko 40 minut marszu) żeby zagotować wodę i wypić herbatę czy kawę, która nigdy już później, w żadnym miejscu na świecie nie smakowała równie dobrze. Przychodziliśmy tam zimą w stanie wojennym, mając niemal pewność, że jest to teren poza jurysdykcją WRON. Bywało, że tuż przed północą wpadała nam myśl, by skoczyć na Kolibę, rozegrać trzy roberki i… szliśmy, gdy tylko był komplet do brydża. 

koliba-pod-obnoga-czerwiec-1986
Koliba pod Obnogą. Czerwiec 1986 / Fot. E. Marszałek

W czerwcu 1986 roku odbył się tu mój wieczór kawalerski; przy ognisku i jakimś jadle przygotowanym przez Izę Karłaszewską (jej szałas „zapiekanki” w świerkach koło Lutkowego campingu starsi doskonale pamiętają). By sprostać „kawalerskim” wymogom Iza na ten wieczór musiała ubrać gumofilce i mundur leśnika, na twarzy zaś domalowaliśmy jej wąsy…

Wracałem tu potem wiele razy, również z żoną, córką i starymi znajomymi. 

Chroń zagubionych w górach

koliba-pod-obnoga-zima
Fot. E. Marszałek

W czasach, gdy jeszcze rzeźbiłem, do facjaty domku przymocowałem nieporadnie wydłubaną płaskorzeźbę św. Antoniego z napisem „Chroń zagubionych w górach”. Wisiała tam przez kilkanaście lat. Może i św. Antoni kogoś uchronił od złej przygody. Tym, którzy mieli mniej szczęścia na pomoc szedł kolega goprowiec Antek Derwich. Bo Koliba miała również swoje ratownicze historie. Podczas jednej z akcji ratunkowych Antek podejmował gościa z kolką wątrobową ze śmigłowca, który, nie mając równego miejsca do lądowania na polance, oparty jednym kołem o stok, czekał na obrotach aż wrzucą mu poszkodowanego na pokład. 

Zdarzyło się, że z całym rajdem, około 30 osób, zmieściliśmy się w tym domku w czas okrutnej burzy, uciekając dosłownie między piorunami z Bukowego Berda. 

Wiem, że wielu z kolegów traktowało Kolibę jak najprzytulniejsze z górskich schronisk. Bo taką też rolę pełniła dla znających do niej drogę. I trzeba powiedzieć, że chatka ta przez wiele lat miała szczęście do ludzi. Ci, którzy tu trafiali zazwyczaj zostawiali porządek, przy kominku drewno dla następnych i nieco jedzenia dla popielic, które były jedynymi stałymi mieszkańcami domku. Dawały się zaskoczyć, gdy schodziły po schodach na wieczorne uczty. Czasem zaplątała się jakaś w śpiworze…

Na starej, spłowiałej desce kolega leśnik, Jurek Bednarek, wypisał piękną kaligrafką hymn Koliby, przerobiony ze znanej piosenki „Dom na prerii”. Wiele razy wieczorami śpiewaliśmy:

„Hej w lesie mój dom, wymarzony, wyjęty ze snów,

Mały dom pod Obnogą, gdzie wybrańcy żyć (pić) mogą, 

Jeśli byłeś powrócisz tu znów…”

Nie został nawet kamień

I wracaliśmy, dopóki pewnej nocy listopadowej koliba nie spłonęła. Tylko raz wróciłem na pogorzelisko, gdy zarośnięte już było niemal zupełnie. Buki wokół opalone pożarem wyschły, widok wciąż był niby ten sam… Ale już nie ten klimat, brak zapachu dymu i czegoś, co się nazwać nie daje. 

Miejsce, w którym stała Koliba / Fot. Edward Marszałek

Na pewno wielu na wieść o pożarze Koliby poczuło smutek i zapragnęło wrócić tu, spojrzeć na pogorzelisko, wspomnieć czasy dobre… Może zanucić ostatnią zwrotkę z tej piosenki:

Zjeżdżając z gór białych przystańcie na skałach, 

Gdzie znajdzie oparcie wasz koń, 

I oczy przysłońcie i na horyzoncie szukajcie, gdzie stoi ten dom…”

Próżno jednak wypatrywać, bo nie ma już i nie będzie Koliby pod Obnogą. Niech te kilka zdań pozostanie skromnym nekrologiem po „zmarłej”. Z wyrazami bólu i współczucia dla Tych, którzy Kolibę kochali.

Autor: Edward Marszałek