reklama

„Trzy dni w siodle w Bieszczadach. Drugiego dnia zaniemówiłem”

Materiał promocyjny

Opublikowano:
Autor:

„Trzy dni w siodle w Bieszczadach. Drugiego dnia zaniemówiłem” - Zdjęcie główne
Autor: Materiał Partnera | Opis: Galop przez łąkę na dawnym polu, drugi dzień rajdu

Udostępnij na:
Facebook
Atrakcje turystycznePrzed wyjazdem byłem przekonany, że wiem, czego spodziewać się po trzech dniach w siodle. Bieszczady szybko zweryfikowały tę pewność. Nocny rajd uczył pokory, ale im głębiej wjeżdżaliśmy w ciemność, tym mocniej góry ciągnęły nas dalej. Wtedy łatwo było uwierzyć, że Bies wciąż nimi włada, a ukryte w lasach Czady obserwują tych, którzy odważą się zapuścić wystarczająco daleko.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Galop przez łąkę na dawnym polu, drugi dzień rajdu

Najpierw sprawdzili mnie, nie ja ich

Na trzydniowy rajd Stajni Lila spakowałem dwie pary rękawiczek, maść na otarcia i pewność, że wiem, co mnie czeka. Rękawiczki się przydały. Pewność została w samochodzie.

Spodziewałem się formularza i podpisu. Dostałem rozmowę. Ile ważę. Kiedy ostatnio jechałem dłużej niż dwie godziny. Co robię, kiedy koń zaczyna zbiegać na stromym zejściu. Na koniec pytanie, po którym przestałem traktować to jak formalność.

Nie pytali, czy umiem jeździć. Pytali, czy zauważę, kiedy zrobi się ciężko nie mnie, tylko jemu. Dostałem konia, Wróbla, i kilkanaście minut spokojnej jazdy na oczach człowieka, który za chwilę poprowadzi mnie przez trzy dni w terenie. Nikt tego nie nazwał egzaminem. W moim odczuciu, zdecydowanie był nim.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Wybieg przy stajni, tu zaczyna się każda rozmowa o rajdzie

Teraz sprawdza mnie koń

Charakteru nikt ci nie opisuje. Dostajesz imię i tyle, resztę masz się dowiedzieć sam, i tak jest uczciwie: gdyby ktoś uprzedził mnie, że Wróbel jest uparty, każde jego wahanie odczytałbym jako upór, zamiast poznawać go samemu.

Przez pierwszą godzinę na każde polecenie odpowiadał z sekundą zwłoki, jakby sprawdzał, czy naprawdę mi zależy. Przy pierwszym rozwidleniu stanął. Nie spłoszył się, nie zaparł. Stanął i czekał, co zrobię.

Na siłę nie wychodzi tu nic. Luźniejsze wodze zamiast krótszych. Łydka zamiast pięty. Czasem sekunda ciszy, w której nie robisz nic i zostawiasz decyzję jemu.

Przyszło w drugiej godzinie, na długim podejściu. To nie on zaczął mnie słuchać, to ja przestawiłem się na niego: siadłem głębiej, wszedłem w jego tempo zamiast narzucać swoje. Od tej chwili wystarczał ciężar ciała, żeby wiedział, gdzie skręcamy, a przed każdym zejściem zwalniał sam, zanim zdążyłem o to poprosić.

Na koniu, którego znasz od lat, nie ma czego szukać. Wsiadasz i wszystko działa od pierwszego kroku. Tutaj przez godzinę nie działało nic, i dlatego tę jedną chwilę na podejściu pamiętam do dziś dokładniej niż większość zeszłego roku.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Pierwsza godzina w siodle, droga w stronę doliny

590 metrów, które czujesz w każdym mięśniu

Liczbę da się przeczytać w piętnaście sekund. W nogach to zupełnie inna historia. Na podejściach słyszysz jego oddech, głośniejszy od wszystkiego innego, równy jak metronom. Po nim, nie po zegarku, wiesz, kiedy zejść do stępa. Na zejściach przenosisz ciężar do tyłu i oddajesz tyle wodzy, żeby mógł opuścić głowę i patrzeć, gdzie stawia nogi. Przez kilkanaście sekund jesteś pasażerem, którego jedynym zadaniem jest nie przeszkadzać.

Trasa cały czas zmienia dźwięk. Na suchym kamieniu kopyta stukają twardo, w leśnym błocie mlaskają, na trawie milkną prawie zupełnie i wtedy słyszysz już tylko skrzypienie skóry siodła. Zapach zostaje w kurtce na dwa dni: koński pot, nagrzana słońcem skóra, żywica, mokra ziemia w cieniu.

Rozmowy urywają się po drugiej godzinie i już nie wracają. Nie dlatego, że zabrakło tematów. Dlatego, że przestały być potrzebne. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że najlepsze w tym wyjeździe zacznie się dopiero po zmroku.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Trzy wsie, które zostały z dziesięciu. Konno dojeżdża się pod samą cerkiew

Widoki są tam dlatego, że ludzi już nie ma

Nazwa Kraina Lipecka nie mówi dziś nikomu nic, a jeszcze niedawno znaczyła dziesięć wsi. Założono je w XVI wieku na prawie wołoskim, w dobrach królowej Bony. Po wojnie ta ziemia trafiła do Związku Radzieckiego i wróciła do Polski dopiero w 1951 roku. Z dziesięciu wsi zostały trzy: Lipie, Michniowiec i Bystre.

W Lipiu stoi dziś dzwonnica bez cerkwi, bo ta drewniana, z 1900 roku, cerkiew Soboru Bogurodzicy w Lipiu, spłonęła w nocy z 17 na 18 maja 1981 roku. W trzech wsiach stoi dziewiętnaście kamiennych krzyży, najwyższe po cztery i pół metra, a w Bystrem i Michniowcu ocalały dwie drewniane cerkwie, do których dojedziemy konno drugiego dnia.

Gdyby te wsie stały do dziś, jechałbyś między zabudowaniami. Gdyby nikt tu nigdy nie mieszkał, jechałbyś lasem. Ponieważ ludzie byli i ich nie ma, zostały łąki na dawnych polach, których las jeszcze nie zdążył zarosnąć, i to są najlepsze punkty widokowe w promieniu wielu kilometrów. Większości z nich nie ma na żadnej mapie, bo prowadzi do nich tylko droga, którą ktoś kiedyś chodził do swojego pola.

Wyjeżdżasz z lasu na taką łąkę i przez pierwsze sekundy nie wiesz, gdzie patrzeć. Trawa sięga koniowi do brzucha i idzie falami, kiedy wieje. Na wschodzie grzbiet graniczny, a za nim Ukraina, bliżej stąd niż do Sanoka. Z siodła patrzysz nad trawę, nie w nią. Jesteś pół metra wyżej niż pieszy i to zupełnie zmienia, ile widzisz.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Łąka na dawnym polu, jeden z punktów widokowych Krainy Lipeckiej

Ta sama łąka, dziesięć minut później

Potem zaczyna się zjazd i robi się poważnie. Stromo, długo, po trawie śliskiej od rosy jak od lodu. Koń schodzi skosem, krok po kroku, sam wybiera linię. Siedzisz odchylony do tyłu tak mocno, że plecami niemal dotykasz zadu, strzemiona masz wypchnięte do przodu i czujesz pod sobą każdą pracę jego łopatek.

To trwa może cztery minuty. Po tych czterech minutach masz mokrą koszulę, chociaż nic nie robiłeś, bo to koń robił całą robotę, a ty tylko się nie ruszałeś i mu wierzyłeś. Na dole przeprawa przez potok, kamienie, chlupot, koń przystaje i pije. I znowu pod górę.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Koń robi całą robotę, jeździec ma głównie nie przeszkadzać

W upał nie jedzie się w południe

Tego się nie spodziewałem, a to najrozsądniejsza rzecz w całym planie. W sierpniowy skwar nie wychodzi się w trasę w środku dnia. Przeczekuje się najgorsze godziny i rusza po zmroku, kiedy temperatura spada o kilkanaście stopni i koniowi jest o niebo lżej. Postój w nocy jest za to długi: godzina, czasem dwie. Brzmiało jak utrudnienie. Okazało się najlepszą częścią wyjazdu.

Latarka bardziej przeszkadza, niż pomaga

W Bieszczadach jest ciemno tak, jak prawie nigdzie indziej w Polsce, i to akurat nie jest hasło z folderu. W 2013 roku część gminy Czarna weszła w granice Parku Gwiezdnego Nieba „Bieszczady”, jednego z ciemniejszych miejsc w Europie. Tej nocy nie potrzeba jednak żadnego certyfikatu, żeby to poczuć, wystarczy zgasić latarkę.

Gasisz ją po kilku minutach, bo bardziej przeszkadza, niż pomaga. Czekasz kwadrans, oczy się przestawiają, podnosisz głowę i nie możesz znaleźć Wielkiego Wozu. Nie dlatego, że go nie ma. Dlatego, że wokół niego stoi tyle gwiazd, że gubi się w tłumie. Droga Mleczna nie jest mgiełką ze zdjęć, tylko jasnym pasem przez całe niebo, od jednego grzbietu do drugiego.

Był sierpień, więc doszły Perseidy, już na schyłku roju. Co kilka minut ktoś z przodu mówi cicho „o”, bo przez pół nieba przeszła kreska. Po ciemku świat zmniejsza się do sylwetki jeźdźca przed tobą i uszu własnego konia, i to jest jedyny przyrząd, jaki masz. Kiedy strzygną do przodu, ty jeszcze niczego nie słyszysz. Za trzy sekundy usłyszysz.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Nocny postój, niebo nad Krainą Lipecką w sierpniu

Ognisko i siedmioro nieznajomych

Konie stoją kilka metrów dalej i nie są cicho. Parskają, przestępują z nogi na nogę, chrupią trawę, co jakiś czas brzęknie ogłowie, i ten dźwięk działa mocniej, niż powinien, bo znaczy dokładnie jedno: wszystko jest w porządku.

Na rajd jedzie maksymalnie sześć, siedem osób, i dopiero teraz widać, po co. Przy takiej liczbie toczy się jedna rozmowa, nie cztery równoległe. Rozmawia się o koniach: o tym pierwszym, na którym ktoś siedział, o tym, który go zrzucił, o tym, którego już nie ma. Każdy jeździec ma te trzy historie i opowiada je dopiero wtedy, kiedy jest ciemno i nikt nie patrzy mu w twarz. Wszyscy po prostu wiedzieli, że aparat tego nie złapie, więc nikt nie wyciągnął telefonu.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Wyjazd w trasę, kolumna rusza jeden za drugim

Drugiego dnia zaniemówiłem

Świt złapał nas jeszcze w siodle. Najpierw robi się szaro i zaczynasz widzieć własne ręce. Grzbiety na wschodzie dostają cienką pomarańczową krawędź. A potem wyjeżdżasz zza załomu i doliny nie ma.

Zamiast niej leży mgła, gruba i biała, wypełniająca całe zagłębienie po brzegi, tak równo, że wygląda jak woda. Nad nią zostały same grzbiety: Ostry, Otryt, Magura Łomniańska, i tego ranka wyglądały jak wyspy.

Zatrzymałem konia. Jego to nie obeszło, bo szedł tędy nie pierwszy raz. Ja stałem tam może dwie minuty. Zdjęcie zrobiłem dopiero potem, bo najpierw zwyczajnie nie przyszło mi to do głowy. Jeżdżę na tyle długo, żeby myśleć, że góry nie zaskoczą mnie już w ten sposób. Pomyliłem się o jeden poranek.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Postój pod cerkwią, konie od razu biorą się za trawę przy płocie

Podjeżdżamy pod samą cerkiew

Nie ogląda się jej z drogi. Podjeżdża się pod samą cerkiew. Zsiadasz, koń od razu bierze się za trawę przy płocie, a ty stoisz pod ścianą z desek starszą niż wszystko, co widziałeś przez ostatnie dwa dni. Przez dobre pięć minut nikt nic nie mówi, nie z pobożności, po prostu kiedy dojeżdżasz do takiego miejsca własnym tempem, po dwóch dniach w siodle, dociera to do ciebie inaczej niż z parkingu.

Cerkiew świętego Michała Archanioła w Bystrem stoi tu od 1902 roku i jest jedną z czterech zachowanych w polskich Bieszczadach cerkwi w ukraińskim stylu narodowym, obok Chmiela, Hoszowa i Hoszowczyka. Wokół niej stary cmentarz z kamiennymi krzyżami, a nabożeństw nie odprawia się tu od lat pięćdziesiątych, bo ludzi, dla których ją zbudowano, już nie ma.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Cerkiew świętego Michała Archanioła w Bystrem i kamienne krzyże na starym cmentarzu

Odcinek, o którym mówią wszyscy, którzy tu byli

Na tej trasie nie ma wyzwań w rozumieniu ekstremalnym. Trasa jest przystępna i miła, wymagająca głównie pod względem wytrzymałości w siodle. Jest kawałek, gdzie jedziemy stokówką na zboczu góry, która bywa podmyta, i tam trzeba zachować szczególną ostrożność.

Trasy stajnia dobiera bezpiecznie i widokowo, i to jest jej świadomy atut, bo sporo innych stajni proponuje ekstremalne wyjazdy w wysokie partie górskie. Te są „pejzażowe”: jeździec czerpie pełną przyjemność z jazdy, zamiast walczyć o przetrwanie.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Grzbiet nad doliną, panorama, po którą się tu wraca

Ostatni dzień jedzie się wolniej, niż trzeba

Bolało mnie wszystko, od kolan po kark, tak jak po pierwszym dniu na nartach w sezonie. Trasa wracała na północ, w stronę Żłobka i dalej do Czarnej. Dokładnie wtedy, na ostatnim odcinku, przyłapałem się na liczeniu, ile dni urlopu zostało mi jeszcze do końca roku.

Zsiadałem ostatni. Siodło zdejmowałem tak powoli, że w końcu ktoś zapytał, czy wszystko w porządku. Było. Po prostu nie chciałem, żeby to się skończyło.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Droga od pierwszej jazdy do wyjazdu w teren bywa różna

Czy to jest wyjazd dla ciebie

To nie jest przejażdżka z przewodnikiem i nikt tu nie udaje, że jest inaczej. Zanim się zapiszesz, odpowiedz sobie uczciwie:

  • Czy jeździsz regularnie, a nie kilka razy w sezonie?
  • Czy wytrzymujesz kilka godzin w siodle i wsiadasz następnego dnia?
  • Czy radzisz sobie w terenie, na zejściach i podejściach, nie tylko na płycie?
  • Czy panujesz nad koniem w galopie poza ujeżdżalnią?
  • Czy zniesiesz jazdę po ciemku i przestawiony rytm dnia?
  • Czy potrafisz jechać w grupie i podporządkować się prowadzącemu?

Jeśli na wszystko odpowiadasz „tak”, znasz też drugą stronę tego wszystkiego. Sezon leci, ty od marca robisz tę samą ósemkę na tym samym placu i coraz częściej łapiesz się na tym, że szukasz czegoś, co jeszcze potrafi cię zmęczyć. To jest to. Zadzwoń, powiedz dokładnie to, co przed chwilą przeczytałeś, resztę ustalicie od razu.


Autor: Materiał Partnera | Opis: Sześć, siedem osób na rajd, nie więcej. To świadoma decyzja

A jeśli nigdy nie siedziałeś na koniu

Jest spora szansa, że doczytałeś do tego miejsca, choć nie odhaczyłeś ani jednego punktu z listy powyżej. Że nie masz własnych butów, nie wiesz, co to popręg, a ostatni raz siedziałeś na koniu jako dziecko, u kogoś na wsi, i pamiętasz z tego głównie strach. Żaden z tych punktów nie jest powodem, żeby zamknąć tę stronę.

Nikt nie wsiada na taki rajd z marszu, i usłyszysz to już przy pierwszej rozmowie telefonicznej. Rozmowę prowadzi właścicielka Liliana, wieloletni instruktor i przodownik GTJ, z zawodu hodowca koni. Liliana nie prowadzi rajdów fizycznie, zajmuje się organizacją, zapleczem rajdu i doborem uczestników. Trasy dobiera Bolesław, mąż Liliany, również przodownik GTJ. Rajd prowadzą Bolesław i Paweł, młody, ale doświadczony przodownik GTJ, pełen pasji i miłości do koni oraz Bieszczadów.

Nauka jazdy konnej zaczyna się od zapoznania z koniem i całkowitych podstaw powodowania nim. Jest czasochłonna i żmudna, bo dobra jazda wymaga czasu. Droga od pierwszej jazdy do pierwszego wyjazdu w teren bywa różna: w tej stajni, w zależności od talentu jeźdźca, od dziesięciu jazd do kilku lat. Na rajd może pojechać osoba, która ma już doświadczenie terenowe.

Zadzwoń i zapytaj wprost, ile czasu dzieli cię od takiego poranka nad doliną. To jedno pytanie, a odpowiedź bywa krótsza, niż się spodziewasz.

 

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
logo