Mały sklepik w tej leśnej osadzie był otwarty tylko wtedy, gdy sprzedawczyni udało się otrzymać towar. 

Z reguły robili to wozacy leśni którzy końmi zaprzężonymi w sanie, pokonywali metrowe albo i większe zaspy, aby dostarczyć chleb, mąkę, trochę wędlin i mięsa na kartki żywnościowe. Większość mieszkańców tej leśnej osady była niezależna. Mieli mięso z własnego uboju. Jedynie węglarze wypalający węgiel drzewny byli zależni od sklepu.

Przeczytałeś już? Wilcze opowieści cz. 14

Któregoś wieczoru Barbara zauważyła z ganku, że mały Staś stoi na zewnątrz pomiędzy siedzącymi na ogonach – wilkiem Odysem i nowofundlandem Ramzesem. Przerażona stwierdziła, że chłopiec wyje jak wilk w kierunku lasu. Przez lornetkę zobaczyła wilki ze znajomym przywódcom stada na czele. Staś otrzymał wilczą odpowiedz i zadowolony przydreptał ze swoją strażą przyboczną do domu.

– Mamusiu, tatuś ma się dobze i tęskni za nami.

– A skąd ty to wiesz synku?

– Wilki mi powiedziały.

– Wilki? Stasiu co ty mówisz? Mówiąc to sprawdziła czoło chłopca. Było chłodne.

– Bo wies mamusiu, ja lozumiem mowę wilków. Tatuś i Odys mnie tego naucyli. Wcolaj zapytałem wilków, aby zawołały tatusia i powiedziały mu ze jesteśmy zdlowi i ze baldzo tęsknimy. Dzisiaj mi odpowiedziały. Co na kolację bo jesteśmy z Odysem i Lamzesem baldzo głodni.

Podeszła Marysia z coraz bardziej widoczną ciążą i dotykając ramienia Barbary powiedziała – nie martw się wyrośnie z tego, a jeśli nie to będzie taki jak Piotr.

Podbieszczadzki obóz dla internowanych

Podczas popołudniowego spaceru wszyscy słyszeli wilcze wycie. Gdy ucichło, zatrzymali się i skierowali swoje oczy na człowieka w mundurze leśnika. Ten stanął w lekkim rozkroku, zadarł głowę do góry, ułożył dłonie wokół ust i zawył…

Zawył tak, że co strachliwsi strażnicy zaczęli się ukradkiem żegnać znakiem krzyża a niektórzy spluwać przez prawe ramię. Zawył tak że nawet najwięksi laicy wilczej mowy zrozumieli, że wyraża ono wielki ból i tęsknotę za rodziną, wyraża niepewność o jutro i wielką miłość do tych co mieszkają gdzieś tam hen za górami. Wilcze wici popłynęły mroźną nocą. Wędrowały głośnym echem od jednego wilczego stada do drugiego aż dotarły do domu nadawcy, do bieszczadzkiej doliny otulonej śnieżną pierzyną…

Luty 1982. Jednostka Wojskowa 3244.

Plutonowy rezerwy Krzysztof Zawada prowadził zajęcia z walki wręcz. Był zaszokowany słabą kondycją młodych żołnierzy. Krok po kroku przerabiał ich w prawdziwych mężczyzn. Gajowy Krzysztof ciągle nie mógł się otrząsnąć z tego co go ostatnio spotkało. Nauczycielka Krystyna, która zabrała go do samochodu po brawurowej ucieczce z ZOMO-wskiej nyski okazała się być żoną wojskowego lekarza. Dumna, że nareszcie dokonała czegoś niebezpiecznego postawiła swojego męża przed faktem dokonanym. Szantażem i podstępnymi łzami zmusiła swojego męża majora, aby znalazł wyjście z niewesołej sytuacji. Znalazł. Używając delikatnego przypomnienia o wstydliwej chorobie wenerycznej którą wyleczył u pewnego generała -bawidamka, nieomal zmusił go do tego, aby znajomemu wojewódzkiemu komendantowi milicji wyjaśnił, że ZOMO-wcy aresztowali i pobili jego człowieka mającego misję specjalną. Mają szczęście, że powybijał im tylko zęby. 

– To świetnie wyszkolony komandos-rezerwista – brnął dalej generał – tu jest broń którą odebrał twoim ludziom. Zatuszuj sprawę. Najlepiej przenieś swoich osłów do innych jednostek.

Gruziński koniak przypieczętował sprawę.Krzysztof awansował o jeden stopień wyżej i został skierowany do batalionu rozpoznawczego jako instruktor walki wręcz.

Podczas wiosennych zawodów sprawnościowych pomiędzy jednostkami okręgów wojskowych, żołnierze szkoleni przez Krzysztofa zajęli zaszczytne drugie miejsce. Dowódca jednostki nagrodził plutonowego-gajowego czternastodniowym urlopem. 

Nasz bohater w nieco innym mundurze wsiadł do jednego z pociągów mającego go zawieźć do ukochanej żony.

Pierwszy dzień kalendarzowej wiosny w bieszczadzkiej dolinie, niewiele się różnił od lutowych poranków. Co prawda dni były coraz dłuższe, ale śnieg dalej zakrywał, mające ochotę budzić się podśnieżne życie. 

Barbara i wilczo-psi duet z niepokojem i troską obserwowali ogromny brzuch Marysi. Termin wyznaczony był na kwiecień. 

Pod koniec marca Marysia z ulgą zaczynała obserwować spadające krople wody z topniejących sopli zwisających z dachu leśniczówki. Zafascynowana otuliła się kocem i wyszła na ganek. Po kilku krokach poślizgnęła się na niewidocznym lodzie i ciężko usiadła na podłodze werandy. 

Poród

Poczuła wielki ból w brzuchu i głośno krzyknęła. W sekundzie byli przy niej Odys i Ramzes. Za chwilę przybiegła Basia, pomogła jej wstać i usiąść na fotelu. Marysia jęcząc wyszeptała – ja chyba będę rodzić. Szybki telefon na pogotowie ratunkowe uświadomił ich, że karetka nie dojedzie ciągle nieprzejezdną drogą. Helikopter z Sanoka będzie dopiero za godzinę. Co robić?

Nagle słychać donośne pukanie. Odys i Ramzes szczekają radośnie witając się z pukającym do drzwi. Barbara otwiera i widzi wysokiego żołnierza w wilczych i psich objęciach.

 Krzysztof? – nie wierzy Barbara – w samą porę, twoja żona zaczyna rodzić.

Plutonowy – gajowy zaczyna obsypywać swoją żonę powitalnymi pocałunkami, mówiąc jednocześnie do Basi, aby zagotowała dużo wody. Wyskakuje na dwór i na grzbiecie Bucefałka ciągnąc za sobą klacz Barbary pędzi do wsi. Za chwilę pędzi na leśniczówkę ze starą Miętusową trzymającą się kurczowo końskiej grzywy. W samą porę. Godzinę później słychać donośny płacz noworodka. Mała Zosia zawitała do bieszczadzkiej doliny …

Odcinek 16: „Ten” więzień w Arłamowie

Autor: Wiesław Makuch