Stojący po przeciwnej stronie stoku przywódca wilków obserwował jak zza horyzontu wynurza się falująca postać jeźdźca na koniu trzymającego przed sobą jakieś zawiniątko. Tuż za nim ukazała się postać stworzenia dużo mniejszego od konia. Zdawało się że płyną galopując pośród wysokich traw. 

Z boku lekko jak baletnica wypłynęła piękna klacz z nie mniej pięknym jeźdźcem na grzbiecie, którego długie włosy pszenicznego koloru falowały na wietrze jak najpiękniejsze chorągiewki i zlewały się w jedno z bułanego koloru grzywą konia. 

Przeczytaj najpierw: Wilcze opowieści cz. 8. Pożar

Wkrótce dołączyła do nich postać ni psa, ni niedźwiedzia. Zatrzymali się wszyscy w cieniu rozłożystego dębu, rozkulbaczyli konie i rozłożywszy koce pochylili się nad małą ludzką istotą. 

Wódz wilków znał większość z tych postaci. Warujące przy małym człowieczku bestie to nie kto inny jak udomowiony wilk Odys i Ramzes jego psi przyjaciel. 

Pamiętał, że to oni uratowali jego watahę ze śmiertelnej pułapki. W rewanżu pomagał ze swoim stadem pogonić obce stado, które było zainteresowane wilkiem ogrzewającym swojego rannego pana w śniegu. Dołączył ze swoim stadem i grzejąc rannego człowieka własnymi ciałami przyczynili się do uratowania mu życia. 

Teraz z odległości kilkuset metrów obserwował to szczęśliwe zwierzęco-ludzkie stado.

Piotr zauważył, że Odys złapał jakiś wiatr. Popatrzył na człowieka i gdy ten skinął głową popędził radośnie machając ogonem. 

Wilcza przyjaźń

Leśnik widział przez lornetkę jak Odys i wilczy wódz przywitali się po wilczemu jak starzy znajomi. Za chwilę Barbara obserwowała wilcze powitanie. 

Ramzes jak przystało na prawdziwego psiego opiekuna usiadł tuż obok, obejmując potężną łapą swojego małego człowieczka.

Piotr zauważył, że dwa wilki zbliżają się w ich kierunku. Mniejszy z nich zatrzymał się w odległości nie większej jak 50 metrów. Z mowy ciała wynikało, że nie miał złych zamiarów. Pożegnał się z Odysem i po kilkunastu metrach zatrzymał się patrząc wprost na leśnika. Ten podniósł rękę z otwartą dłonią i powiedział – do zobaczenia wilczy wodzu.

Barbara patrzyła jak urzeczona. Jej mężczyzna, jej mąż porozumiewał się z dzikim wilkiem…

Mały Staś, któremu stuknęło już 10 miesięcy życia, nade wszystko przedkładał towarzystwo swojego psio-wilczego duetu. To z nimi się bawił, z nimi spał, a i bywało, że jadł z jednej miski (gdy rodzice nie widzieli), to z nimi raczkował jak szalony, a gdy odkrył, że bardzo łatwo jest wdrapać się na leżące tuż obok grzbiety które po podniesieniu się z podłogi zanosiły go tam, gdzie tylko zechciał, ujeżdżał swoje „rumaki” przy każdej okazji. 

Barbara zauważyła, że Staś, aby przesiąść się z jednego grzbietu na drugi potrafi zrobić kilka kroków. Była zachwycona.

Odys drzemiąc przy Stasiu usłyszał wilczy głos wołający o pomoc. Wyskoczył. Tuż za ogrodzeniem leśniczówki stał jego wilczy przyjaciel szukający pomocy. Pobiegł za nim, aby zobaczyć co się stało. Okazało się, że mały kilkumiesięczny wilczek spadł w kilkumetrową przepaść i utknął na skalnej półce małego wąwozu. Odys wiedział, że nawet 100 wilków nie jest w stanie uratować malucha. 

Co sił w nogach popędził po swojego leśnika.

Piotr ratuje małego wilka

Piotr schodząc w dół po skalnych występach czuł wpatrzone w niego kilkanaście par wilczych ślepi. Był jedynym ratunkiem dla uwięzionego malca. Gdy wychynął z głową z brzegu przepaści, pierwsze co zobaczył to trzy pary łap. Przerzucił przez skalisty brzeg zawinięte w kurtkę wilcze dziecko, które natychmiast pochwycił Odys i złożył u stóp oczekującej wilczej matki. 

Złapał za wystającą skałę i szukając wsparcia dla butów poczuł, że występek skalny odrywa się gwałtownie, a on za chwilę poleci w dół. W ostatniej chwili czuje, że Odys łapie go za rękaw i próbuje go wciągnąć do góry. Rękaw zaczyna się rozrywać, gdy nagle obok przerażonych oczy Odysa pojawia się On i delikatnie łapie go za drugi rękaw. 

Razem wyciągają zdyszanego Piotra na powierzchnię. Podchodzi wilcza matka i nieśmiało w podziękowaniu liże dłoń leśnika.

Wilczy wódz podchodzi bliżej i naśladując Odysa kładzie swoją wielką łapę na ludzkiej dłoni. Wilczo – ludzkie przymierze zostaje zawarte…

Robiąc w miasteczku zakupy na pierwsze urodziny Stasia, Barbara szczęśliwa idzie chodnikiem do samochodu. Tuz obok idzie Piotr ze szczebioczącym synkiem siedzącym na barkach. 

Słyszą gwałtowne ujadanie w samochodzie, gdzie zostali Odys i Ramzes. Otwierają drzwi a ci dwaj wypadają jak szaleni, biegną do idącego chodnikiem wysokiego mężczyzny i rzucając się na niego powalają na chodnik i zaczynają gryźć. Piotr podbiega i głośnym poleceniem –Stop! – zapobiega tragedii. Przeprasza człowieka pytając się czy potrzebuje pomocy. Gdy ten odmawia, wraca do samochodu i widzi bladą i przerażoną twarz swojej żony tulącą przerażonego Stasia. 

Atak na przechodnia. Kogo rozpoznała Barbara?

– Piotrze, to …, to …, to on podpalił nasz dom i to on chciał zabić mnie, Stasia i Ramzesa. Zapamiętałam tą twarz na zawsze. To, dlatego Ramzes i Odys zareagowali tak gwałtownie. 

Ostatnie kilka słów mówiła raczej do siebie, bo Piotra już nie było. Już był tuż już stanął twarzą w twarz z bandytą. KrzyknąłStój! w imieniu prawa dokonuję obywatelskiego aresztowania.

Ogromny facet zaśmiał się tylko – no i jak to zrobisz człowieczku?

Miał ze 2 metry wzrostu i był wyższy o głowę od leśniczego.

Normalnie, znokautuję cię człowieczku.

Hahaha – zarechotał dryblas, który po błyskawicznych i bolesnych ciosach trzymał się za nos, szyję i splot słoneczny jednocześnie. Zanim złapał oddech leżał już na chodniku z rękami skrępowanymi własnym pasem. 

Piotr gwizdnął na swoje bestie i nakazując im pilnować bandziora poszedł na pobliski posterunek milicji zgłaszając swój czyn. Wracając z sierżantem zauważył, że Odys trzyma w zębach rękawiczkę a mężczyzna usiłuje schować dłoń w której brakuje palca, palca już dawno zagojonego i odgryzionego prawdopodobnie przez Odysa.

Czyżby to był niedoszły zabójca Piotra, podpalacz usiłujący spalić żywcem Barbarę, Stasia i Ramzesa?

Z pewnością o tym dowiemy się w następnej części „Wilczych opowieści”.

Już są: Wilcze opowieści cz. 10. Ukryty Bunkier

Autor: Wiesław Makuch