Obserwował smutne twarze ludzi, którzy stali w kilometrowych kolejkach za kawałkiem mięsa przydzielanego na kartki. W sklepach puste półki, a ulice pełne były milicyjnych i żołnierskich patroli. 

Czytałeś już: Wilcze opowieści cz. 17?

Wojsko starało się nie ingerować zbytnio w życie obywateli, jednak milicja, ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej) i SB (Służba Bezpieczeństwa) inwigilowały ludność szukając ukrywających się członków zdelegalizowanego związku zawodowego „Solidarność”. Czasy przypominające okupację wróciły, jednak teraz okupantem nie był Niemiec. Okupantem był Polak dla Polaka.

Krzysztof siedział na ławce w miejskim parku i z uśmiechem patrzył na zdjęcie swojej ukochanej córeczki Zosi i tulącej jej do piersi żony Marysi. Myślami był już w swoich ukochanych Bieszczadach przy swoich ukochanych kobietach…

ZOMO-wska przemoc

Nagle jego marzenia zostały przerwane głośnymi krzykami.  Jakiś człowiek biegł bardzo szybko parkową alejką. Tuż za nim pędzili uzbrojeni ZOMO-wcy wzywając go do zatrzymania się, a gdy to nie poskutkowało ich sierżant wyciągnął pistolet i oddał strzał ostrzegawczy. Uciekający zawahał się na chwilę i próbował skoczyć w zbawczy gąszcz. Drugi strzał nie był już ostrzegawczy. Mężczyzna złapał się za udo i przyklęknął nie mogąc już uciekać. Nie poddawał się jednak. Kontynuował ucieczkę skacząc na jednej nodze. ZOMO-wcy dopadli go jak sępy. Tłukli niemiłosiernie pałami nie zaważając, gdzie biją.

Ostry męski głos tuż za ich plecami sprawił, że wstrzymali swoje milicyjne pałki. 

Zostawcie go, on ma już dośćDlaczego bijecie rannego? Znacie regulamin?

Krzysztof pochylił się nad rannym. – On potrzebuje lekarza. Wezwijcie karetkę pogotowia.

– Hej żołnierzyku, to nie twoja sprawa. Zjeżdżaj stąd, bo też dostaniesz pałą.

– Aaaa, to wy tak ze mną chcecie pogrywać? Ostrzegam, jestem podoficerem Wojska Polskiego. Moim obowiązkiem jest bronić obywateli przed takimi jak wy szumowinami. Zostawcie go a być może uratujecie swoje zęby. 

– Dość tego – wrzasnął sierżant – nauczyć tego wojskowego dupka rozumu.

Krzysztof był przygotowany na atak. Za kilka minut sierżant i czterech ZOMO-wców leżało na ziemi skrępowanych własnymi pasami.  Niektórzy z nich wypluwali własne zęby. Były komandos pokazał swoją moc. 

Zaniósł na własnych plecach rannego człowieka do pobliskiego szpitala.  Lekarz dyżurny szybko opatrzył ranę i wysłał rannego karetką do sąsiedniego miasta. Podszedł do Krzysztofa i ściskając jego dłoń powiedział – Dziękuję ci żołnierzu. Ten ranny będzie bezpieczny. Tam go nie znajdą.

Przeniesienie do cywila

Kilka dni później dowódca jednostki wojskowej wręczał Krzysztofowi przeniesienie do cywila. Patrząc mu w oczy zapytał – Czy to wy plutonowy, przepraszam czy to pan nauczył tych zomowców szacunku dla wojska?

Krzysztof uśmiechnął się kącikami ust i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć usłyszał – Nie musi pan odpowiadać.  Czytałem pańskie tajne akta.

Pułkownik stanął na baczność i zasalutował przez skinienie głowy. Wyciągnął dłoń i pożegnał swojego byłego już podwładnego. Krzysztof wracał do domu.

Straszna śmierć wadery i szczeniąt

Odys wracając z leśniczówki do swojej wilczej rodziny wyczuł niebezpieczeństwo czające się w środku lasu. Przyśpieszył.  Już z daleka słyszał skowyt swoich wilczych dzieci i groźne warknięcia jego wadery. Wpadł na wilczą polanę w chwili, gdy kilku okolicznych chłopów przybijało jego partnerkę widłami do ziemi.  Kątem oka zauważył dwa szczenięta w agonalnych konwulsjach. Milcząc zaatakował mężczyznę pierwszego z brzegu rozrywając mu rękaw razem ze skórą. Trysnęła krew. Dopadł drugiego miażdżąc mu mięśnie łydki i łamiąc kość. Złapał w powietrzy rękę wzniesioną do zadania śmiertelnego ciosu trzeciemu z jego dzieci. Pozostali widząc, że nie mają szans pokonać rozjuszonego wilka zaczęli uciekać. 

Odys wrócił na miejsce pobojowiska.  Dwa szczenięta już nie żyły. Wadera ostatkiem sil polizała jedno ze swoich ocalonych dzieci i gasnącym wzrokiem prosiła Odysa, aby mu nie dal zginąć. Ten przytulił się do jej zakrwawionej głowy, a gdy wydala ostatnie tchnienie zadarł swoją wielką głowę do góry i zawył tak głośno i tak żałośnie, że słyszano tą wyjącą skargę jeszcze przez kilka kilometrów od wilczej polany. Potem wziął w zęby swojego drżącego ze strachu syna i ruszył w kierunku ludzkiego przyjaciela.  

Nić porozumienia

Piotr, gdy zobaczył zakrwawionego Odysa i jego wystraszonego synka domyślił się tragedii, która spotkała jego wilczego wychowanka. Na drugi dzień, skoro świt wyruszył w dobrze mu znany leśny dom Odysa. Przyniesionym szpadlem wykopał grób dla wadery i jej dwójki dzieci. Zgaszony przysiadł na kamieniu i zawył do wschodzącego słońca. Usłyszał szmer i nie odwracając się powiedział – Wiem, że to ty wilczy wodzu. To moja wina, że zginęła twoja córka. Nie nauczyłem polować Odysa. Uczyłem go tylko kochać wszystkich ludzi i zwierzęta. To za mało, aby przetrwać w naturze. Wybacz.

Piotr poczuł wielką wilczą łapę przykrywającą jego dłoń. Napotkał wzrokiem żółto-brązowe wilcze oczy. Było to mądre spojrzenie. Dotknął głowy wilczego wodza.

– Do zobaczenia, wracam do swojego domu, aby zadbać o byt twojego wnuka. Bywaj przyjacielu.

Ciąg dalszy: Wilcze opowieści cz. 19

Autor: Wiesław Makuch