– Tak … ja myślałem, że ty …, że ty i ja, że my … – zaczął dukać mężczyzna – że możemy stworzyć rodzinę. Czy zgadzasz się?

– Głuptasie! Tak, tak, tak! – mówiąc to zarzuciła swoje ręce na szyję gajowego i czule go pocałowała. Przerwali swoje uściski czując na sobie czyjś wzrok. Zgodnie skręcili głowy w kierunku, gdzie na śniegu siedziały dwie potężne bestie. 

Zobacz czy nie pominąłeś: Wilcze opowieści cz. 12.

Wilk Odys i pies Ramzes śmiesznie przekręcali głowy patrząc na zakochaną parę. Widzieli wyraźnie jak dwie bestie uśmiechały się zadowolone z tego co zobaczyły.

Pod koniec lutego 1981 roku nastały ciężkie mrozy. Bywało, że termometr wskazywał minus 35 stopni. Odys i Ramzes byli zachwyceni. Buszowali w prawie metrowych zaspach szczęśliwi swoją obecnością i towarzystwem konia Bucefałka i osiołka Jędrusia. Łaciata, jak to krowa, nie podzielała ich radości z wielkiego śniegu.

Odys i ofiara donosu

Podczas którejś z szalonych śnieżnych gonitw Odys mający lepszy węch wyczuł coś pod grubą warstwą śniegu. Zaczęli rozgrzebywać z Ramzesem jak opętani zamarznięty śnieg. Ich oczom ukazała się wykręcona bólem twarz człowieka. Błyskawicznie podzielili swoje role. Ramzes popędził do domu po pomoc, a Odys zaczął odkopywać ofiarę. Za chwilę dotarł leśniczy Piotr i przekładając nieszczęśnika przez ramię zaniósł go do swojego ciepłego domu. 

Położył go w najchłodniejszym pomieszczeniu i zaczął rozcierać jego dłonie, stopy i twarz. Wspólnie z Basią, przy użyciu nożyczek ściągnęli z niego zamarznięte ubranie. Przykryli kocem, a potem kołdrą. 

W trakcie przebierania odkryli wielkie sine ślady pobicia na plecach w okolicach nerek, na twarzy i nogach. Zwilżyli jego wargi a po jakimś czasie napoili łyżeczką. Na drugi dzień rankiem usłyszeli rumor w pokoju gościnnym. Wchodząc do pokoju zobaczyli, że ich gość usiłuje wstać z podłogi, na którą upadł. Zobaczył ich i schrypniętym głosem zapytał – gdzie ja jestem? I kim wy jesteście? 

– To moja żona Basia, ten wilk po lewej to Odys a ten obok niego to pies Ramzes. Za chwilę dołączy do nas syn Staś z gadającym szpakiem na ramieniu. Ja jestem leśniczy Piotr. Może teraz powie nam pan kim jest.

Mężczyzna zaczął wpatrywać się w Basię i wyszeptał – to pani? Dzięki Bogu. Jestem wśród swoich.

Położył się na łóżku i unosząc się na poduszkach zaczął opowiadać.

Kogo uratował Odys?

– Jestem członkiem „Solidarności”. Ktoś mnie wsypał. Po przesłuchaniu i pobiciu na posterunku milicji w Krakowie udało mi się zmylić ich czujki i uciec. W jednym z naszych punktów otrzymałem plecak, pieniądze i adres od pani byłego rektora. Kierując się mapą prawie dotarłem do was. Pobity i wycieńczony kilkudniową podróżą zemdlałem z wycieńczenia tuż pod napisem „Basiówka”

Dziwne, ale zamarzając powoli czułem ciepło. Jak przez mgłę widziałem wilczą paszczę nad swoją twarzą. Było mi wszystko jedno. Wolałem umrzeć zagryziony przez wilka niż wrócić do celi i być bitym co godzinę. 

Teraz wiem, że wasz wilk uratował mi życie.

Przyjacielski gest komendanta MO

Tydzień później do Basiówki zawitał miejscowy komendant Milicji Obywatelskiej. 

– Jestem tu nieoficjalnie. Wiem że macie tu zbiega. Jutro przyjedziemy go aresztować. Do widzenia.

Gajowy Krzysztof przejął zbiega. A potem był on przekazywany z leśniczówki do leśniczówki i z gajówki do gajówki, z domu do domu. Był nieuchwytny.

W międzyczasie Krzysztof wziął ślub z pielęgniarką Marysią. Jak na małżeństwo widywali się bardzo rzadko. Ona w Sanoku, a on w Bieszczadzkiej Dolinie. W niedziele, gdy Marysia nie miała dyżurów w szpitalu Krzysztof jeździł do Sanoka do jej hotelu pracowniczego. Z kolei, gdy wypadał jej wolny dzień w tygodniu, wsiadała w pociąg Sanok – Łupków i przyjeżdżała do Krzysztofa.

Pewnego dnia, gdy Krzysztof z Marysią wpadli na herbato-kawę do Basiówki, wilk Odys podszedł do niej i unosząc swoją wielką głowę wskazał nosem na brzuch. Piotr wstał i ściskając gorąco dłoń kobiety, rzekł – Marysiu moje gratulacje.

Stan wojenny. Dzień bez Teleranka

I nadszedł dzień, gdy nie było w TV Teleranka.

Gajowy Krzysztof szedł z żoną do domu/hotelu w Sanoku, gdy ich drogę zastąpiła grupa ZOMO-wców zarzucając im złamanie godziny milicyjnej. Krzysztof wyczuł woń alkoholu. 

Od słowa do słowa doszło do tego, że któryś z pijanych ZOMO-wców popchnął Marysię. 

Ta będąc w kilkumiesięcznej ciąży upadła na ziemię uderzając łokciem o krawężnik. Krzysztof wpadł w szał. Jako były żołnierz czerwonych beretów, z łatwością rozłożył na łopatki pijanych zupaków. Niestety w pobliżu stała „nyska” pełna innych zomowców. Pokonali go. 

Marysia głośno krzycząc – nieeeee .… – widziała jak zakrwawionego i skutego kajdankami męża wpychają do samochodu.

Kilka dni później zapukała do drzwi Basiówki, mówiąc Barbarze co się wydarzyło i dodając, że została zwolniona z pracy za bycie żoną wroga władzy…

Leśniczy Piotr wiedział, że będzie aresztowany nazajutrz. Nie uciekał. Gdy przyszedł znajomy komendant MO, który na osobności zapytał go wprost – Dlaczego nie uciekłeś?

– Nie jestem tchórzem. Dzięki za ostrzeżenie. Dobry z ciebie glina.

Smutny początek roku

Nowy rok 1982 w bieszczadzkiej leśniczówce był bardzo smutny. Dwie kobiety z wilkiem Odysem i psem Ramzesem szlochały, po cichu tęskniąc za swoimi mężami siedzącymi w więzieniach. Dwuletni Staś tuląc się do olbrzymiego wilka szeptał mu do ucha -nie opuscaj nas Odys…

Podszedł Ramzes i przytulił Stasia, Basię i Marysię. I tak trwali razem przytuleni wspierając się wzajemnie w tym trudnym czasie. Byli prawie bez pieniędzy, z tygodniowym zapasem jedzenia w lodówce i niemal zerowym zapasem jedzenia dla swoich psio-wilczych przyjaciół. Mleko, śmietana i sery od Łaciatej mogły im nie przypaść do smaku, a ich ulubione kurze jajka były tylko zwykłą przekąską.

CDN.

Autor: Wiesław Makuch