serce-z-bieszczadu-grzegorz-lizakowski
Autor wystawy – Grzegorz Lizakowski

Grzegorz nie zadam Ci pytania skąd pomysł na taki temat wystawy, ponieważ już na wernisażu wspomniałeś, że to Andrzej Ciach namówił Cię do tego żebyś znalazł się na Natchnionych Bieszczadem w Cisnej. Po efektach Twojej pracy widać, że Bieszczad rzeczywiście Cię natchnął, bo wynik Twojej pracy jest zachwycający. Na prezentowanych na wystawie portretach udało Ci się pokazać całą „Bieszczadzkość” osób, które sfotografowałeś. 

Zadam Ci inne pytanie. Co chciałeś nam, oglądającym wystawę powiedzieć poprzez te fotografie? 

Najprościej można by to ująć w stwierdzeniu – Poznajcie ciekawych Ludzi! Z definicji portret jest próbą ukazania osobowości lub duszy osoby portretowanej. Od widza i jego wiedzy zależy subiektywna ocena każdej z postaci.

Skąd ten, jakże wymowny tytuł wystawy „Serce z Bieszczadu”?

Spośród wszystkich Bohaterów tego projektu, tylko dwoje posiadają bieszczadzki rodowód z dziada pradziada. Niektórzy są dziećmi pierwszych powojennych osadników i budowniczych bieszczadzkiej infrastruktury, a pozostali na jakimś etapie życia postanowili porzucić swoje często wygodne życie i wybrali niełatwe życie w Bieszczadach. Natomiast wszystkich Bohaterów łączy jedno. Bezgranicznie zakochali się w Bieszczadzie.

Tutaj słowo wyjaśnienia. Bieszczady to nazwa geograficzna pewnego regionu w południowo- wschodniej Polsce. Określeniem „Bieszczad” nazywam wszystko, to co z tym regionem się wiąże, czyli tradycję, subkulturę, sztukę, zarówno wyższą, jak i tą określaną mianem „naiwnej”, oraz wszystko to, co sprawia, że owe geograficzne Bieszczady często postrzegane są jako miejsce magiczne i które trwale uzależnia.

>>PORTRETY LUDZI BIESZCZADU<<

Jakim wspólnym mianownikiem, określiłbyś osoby uwiecznione na fotografiach, poza tym, że większość z tych osób to artyści mieszkający w Bieszczadach? I dlaczego właśnie to, a nie inne określenie. 

Tak jak powiedziałem wyżej. „Serce z Bieszczadu”, to w zasadzie stan umysłu, a Bohaterowie tego projektu w mojej subiektywnej ocenie są najlepszym przykładem jak mocno można związać się z miejscem zamieszkania. Nie chodzi tylko o aspekt fizyczny, ale gównie emocjonalny. W skrócie można powiedzieć, że „Bieszczad” stworzył te osobowości.

Harnaś i Grzegorz
Pustelnik Jano i Grzegorz
Irek Kłokow i Grzegorz

Powiedz, czy pośród tych osób jest ktoś, kogo bardzo chciałeś uwiecznić, a o kogo musiałeś zabiegać, żeby móc go sfotografować?  

Nim odpowiem na to pytanie, z tego miejsca po raz kolejny chciałbym podziękować Irkowi Kłokowowi, bieszczadzkiemu Zakapiorowi, za pomoc w realizacji tego projektu. Irek poświecił wiele czasu, aby ten projekt mógł powstać. 

Najwięcej „problemów” przysporzyło mi dotarcie do Ludwika „Lutka” Pińczuka. Nie wynikało to jednak z niechęci Lutka do projektu, lecz z faktu, że Lutek był w trakcie realizacji filmu o jego życiu na Połoninie, oraz z faktu, że wiek Lutka niesie ze sobą pewne ograniczenia. Nieco kłopotliwe okazało się pokazanie Zenka „Trapera” Kuśnierza oraz Zdzisława Pękalskiego. Stan zdrowia obu Panów jest dość poważny i mając to na uwadze musiałem Ich tak pokazać, by nie ująć nic z ich powagi i godności. Wielką pomocą okazały się małżonki obu Panów, czyli Alnika i Marysia, kobiety o złotych sercach.

Grzegorz czy jest taka osoba, a właściwie taki portret, który chciałeś umieścić na wystawie, ale z jakiś powodów nie mogłeś? 

Kogo chciałbym jeszcze umieścić na tej wystawie? Pewnie jeszcze kilkadziesiąt osób, ale niestety to nie jest fizycznie wykonalne. Galeria ma swoją pojemność, a z drugiej strony, bardziej skłaniam się ku minimalizmowi. Jeżeli jednak miałbym wskazać osobę, której mi zabrakło w tym projekcie, to jest nią Juliusz Wasik, zwany Królem Włóczęgów, czy też Królem Świata.  Miałem okazję poznać Juliusza i przegadać z nim niejeden temat, jednak nie było okazji, a raczej warunków na dobry portret. 

Czy plan stworzenia wystawy z Ludźmi Bieszczadu pojawił się jeszcze przed pamiętnym spotkaniem w Cisnej, kiedy zrobiłeś pierwsze fotografie nieżyjącego już Ryszarda Szocińskiego i Zbyszka Habrata? Czy to właśnie ich portrety Cię zainspirowały?

Poniekąd tak. Gdy fotograf staje w obliczu takich postaci jak śp. Ryszard Szociński czy Zbyszek Habrat, siłą rzeczy zaczyna dostrzegać „okazję”. Nie ma w tym nic z wyrachowania, czy złej woli. Pomysł na większy projekt zaczął kiełkować, gdy portretowałem Zbyszka. Same okoliczności są dla mnie legendarne i życzyłbym każdemu doświadczenia czegoś takiego. Dwóch obcych sobie wówczas facetów, w pewien lipcowy upalny dzień, postanawia wybrać się środkiem rzeki Solinki, by siąść na kamieniach mocząc buty w jej nurcie i popijając piwo rozmawiać o rzeczach ważnych i zupełnie nieistotnych. Naprawdę bardzo szybko nawiązaliśmy wspólny język. Wynikało to zapewne z faktu, że postrzegamy pewne rzeczy w ten sam sposób, a już na pewno Bieszczad. W trakcie tej rozmowy pomyślałem sobie – czemu nie spróbować tego z innymi? Dlaczego nie pokazać tych Ludzi, tak jak ja ich widzę?

Wystawa G. Lizakowskiego / Fot. Andrzej Kościelny

Poznałeś wielu niezwykłych Ludzi. Zapadły Ci w pamięć jakieś szczególne spotkania podczas przygotowywania się do wystawy? 

Każde spotkanie, każdy Człowiek był lekcją i każdy na swój sposób jest wyjątkowy. Wspomnienia Rysia Szocińskiego czy Krysi Rados wyciskają łzy, wspaniali Ludzie, których zwyczajnie brakuje. Beatka i Byniu – ludzie o złotych sercach. Każde z nimi spotkanie to uczta dla duszy, ale też i dla żołądka. Oboje są dobrymi ludźmi, oboje są mistrzami kulinarnymi. I tak o każdym z Bohaterów. 

Jednak jest ktoś kto wywarł na mnie ogromne wrażenie, połączone z ogromnym szacunkiem. Tym kimś jest Michał Hebda, zwany „Duchem Gór”. Niezmiernie życzliwy człowiek, ktoś kogo po prostu chce się znać i z kim chce się przebywać. Jako wielki przywilej poczytam sobie możliwość słuchania Michałowych opowieści o początkach powojennego osadnictwa w Bieszczadach. Michał posiada niesamowitą, wręcz detaliczną pamięć do szczegółów. Jadąc kiedyś bieszczadzkimi bezdrożami pokazywał, gdzie w latach 70 uw. stał barak „leśnych ludzi”, w którym miejscu była wycinka, przy której pracował, czy bez problemu wskazał miejsce w którym w latach 50 ktoś dokonał samosądu na miejscowym ubeku.

Na wystawie portrety podpisałeś różnie. Jest muzyk, bard, poeta, rzeźbiarz, malarz… Pojawia się też słowo Zakapior. Co dla Ciebie ono znaczy? Kim według Ciebie jest Zakapior.

Istnieje definicja Zakapiora. O ile się nie mylę wyszła ona od Andrzeja Potockiego, została spisana i do dziś wisi w Oberży Zakapior w Polańczyku, przy galerii zakapiorskich portretów.

Oczywiście z taką klasyfikacją można się zgadzać lub nie. Osobiście mam nieco ambiwalentny pogląd na ten temat. Generalnie jednak, dla mnie ważne kto jakim jest człowiekiem, a nie jako kogo nazywają. Na dzień dzisiejszy znam wielu takich, którzy choć nie są określani mianem Zakapiora, to są bardziej „zakapiorscy”, niż niejeden tytularny Zakapior. W niczym to jednak nie ujmuje ani jednym, ani drugi. Człowiek przede wszystkim.

serce-z-bieszczadu
Fot. Grzegorz Lizakowski

Podczas wernisażu opowiedziałeś poruszającą historię związaną ze śp. Ryszardem Szocińskim. Przypomnijmy ją: Wybrałeś się w góry z zamiarem zejścia w Cisnej. Po drodze doszczętnie przemokłeś i zmarzłeś. Zszedłeś do Cisnej. Poszedłeś do Atamani, tam gdzie jeszcze wtedy pracował Ryszard Szociński. Nie mógł mówić, był już wtedy ciężko chory, ale kiedy spojrzał na Ciebie takiego przemokniętego, pokręcił tylko głową, wyciągnął butelkę „chleba”, nalał kieliszek i podał Ci go bez słowa. Słowa nie były potrzebne.  Często spotykałeś się z taką serdecznością w Bieszczadach? 

Z ręką na sercu – nie ma w tym przesady. Bardzo trudno byłoby mi wskazać przykład negujący ten stan rzeczy. Oczywiście o idylli nie ma mowy, gdyż życie zawsze potrafi zaskakiwać, ludzie tym bardziej, to jednak mam bardzo pozytywne wrażenie dotyczące ogółu mojego pobytu, nie tylko w kwestii samych gór, ale też między ludźmi.

Jak udało Ci się uwiecznić właśnie tak wymowne portrety fotografowanych osób? Ustawiałeś ich jakoś specjalnie jak malarz modela czy po prostu robiłeś zdjęcia, a potem wybrałeś te, które pasowały do tematyki wystawy?

Sama idea tego projektu polegała na spontaniczności. Biorąc pod uwagę kim są Bohaterowie i jakie są ich bieszczadzkie losy, nie wyobrażam sobie innego sposobu na ich pokazanie. Nie, tutaj nie ma mowy o przypadku, czy też dobieraniu zdjęć do wystawy. Wszystkie zdjęcia były wykonane pod tym kątem. Wyjątkiem, choć nie do końca jest zdjęcie Andrzeja Ciacha, które zrobiłem kilka lat temu, a które to zdjęcie zostało zrobione do projektu wystawowego zrealizowanego przez Stowarzyszenie Kulturalne J’Arte, którego byłem członkiem. 

Trzy spośród osób znajdujących się na portretach to mielczanie, Ty, fotograf też jesteś mielczaninem. Wojciech „Bruno” Szczurek mieszka w Wetlinie. A jak to jest z Tobą, Małgosią Kruk i Andrzejem Ciachem. Jak się poznaliście? Spotykacie się częściej w Mielcu czy w Bieszczadach? 

Jeżeli chodzi o Małgosię, to faktycznie poznaliśmy się w Bieszczadach. Prawdopodobnie miało to miejsce podczas którejś z charytatywnych imprez w Chryszczatej. 

Natomiast Andrzej Ciach. Andrzej to taka mielecka legenda. Znałem jego dokonania jeszcze z czasów „Mieleckiego Zagłębia Piosenki”, gdy pisał teksty dla śp. Krzycha Krzaka i Andrzeja Szęszoła. Wiedziałem kto to jest, lecz nie dane mi było poznać osobiście. 

Wszystko zmieniło się bodaj w 2008 lub 2009 roku. Grupa przyjaciół poszukiwała zaginionego w Hiszpanii Krzysztofa Krzaka, mieleckiego barda. Ciachu szukał kogoś kto mógłby poprawić jakość zdjęcia, na którym był właśnie Krzysiek Krzak. Zwrócił się z tym problemem do Andrzeja Kuliga, wówczas vice w Stowarzyszeniu Kulturalnym J’Arte, a ten z kolei zaproponował abym podjął się zadania. Udaliśmy się do Andrzeja i tak to już się ciągnie od kilkunastu lat. Dla mnie osobiście to bardzo cenna znajomość, a Andrzej, to niesamowicie ciekawy i fajny gość.

Który z portretów znajdujących się na wystawie jest Twoim ulubionym? I dlaczego? 

Biorąc okoliczności i ogólną sytuacje w której zdjęcie było zrobione, to portret Irka Kłokowa jest tym, który robi na mnie największe wrażenie. Niestety, ale są rzeczy, o których nie wolno mi mówić, sytuacje których nie powinno się opisywać. Kto zna Irka, ten wie o co chodzi. kto zaś nie zna, niech sobie wszystko wyobrazi, na tym polega magia obrazu. W skrócie samo zdjęcie i sytuacje na nim przedstawioną można ująć klasycznym określeniem „Ecce Homo”.

Kiedy zorientowałeś się, że Bieszczady to Twój drugi dom? Twoje miejsce na ziemi? 

Zaczęło się od ciekawości. Na początku lat 90 ub.wieku kilka razy nocowałem na stokach szybowiska w Bezmiechowej. W tamtych czasach budynek Akademii Szybowcowej jeszcze nie istniał, były jedynie przedwojenne fundamenty, natomiast przy źródełku stała stara bacówka z czasów, gdy na stokach wypasano owce.  Zdarzyło się, że siedziałem na progu tejże bacówki i rozglądałem się po okolicy. W pewnym momencie spojrzałem na południe i na horyzoncie dostrzegłem coś jakby nadciągający front burzowy. Podzieliłem się spostrzeżeniem z Jurkiem Solarskim, zapalonym lotniarzem, dzięki któremu znalazłem się w tym miejscu. Jurek powiedział, że to żaden front burzowy, to po prostu Bieszczady.

Fot. Grzegorz Lizakowski

Siedziałem jak zahipnotyzowany i patrzyłem na ten majestat. Trwało to chwilę, dopóki ktoś nie wpadł na pomysł, że już czas zapalić światła na solińskiej zaporze. Czar prysł, ale ja już byłem poważnie „chory”. Te „po prostu Bieszczady”, w mojej wyobraźni stały się najpierw magiczna krainą, a z czasem miejscem, do którego wracałem. Na początku, były to niezbyt częste wyjazdy. Obowiązki rodzinne i zawodowe nie pozwalały mi na to, a i inaczej niż dzisiaj postrzegałem istotę tego miejsca. Kiedyś to były po prostu góry. Piękne, majestatyczne, choć może niezbyt wymagające, ale jednak góry, które przemierzałem z radością. Dziś, gdy poznałem masę ciekawych i fantastycznych ludzi, nieco inaczej postrzegam Bieszczady.  Ma to również związek z niekontrolowaną i niszczycielską moim zdaniem urbanizacją tego regionu. Nie mniej za każdym razem, gdy wracam, gdy dojeżdżam do Lutowisk, mówię sobie – Nareszcie w domu. Wszak miejsce, w którym odczuwamy radość, bezpieczeństwo, miejsce, do którego wracamy z utęsknieniem i tego czegoś, czego nie da się opisać słowami, nazywamy domem.   

To Twoja druga wystawa związana z Bieszczadami. Poprzednią mogliśmy oglądać w Jadernówce 4 lata temu.  Mam nadzieję, że nie każesz nam czekać kolejne 4 na nowy projekt? Czy masz już coś w planach? Jakieś marzenia dotyczące fotografii? 

Owszem. W dniu wernisażu „Serca z Bieszczadu” minęło równo 4 lata od otwarcia wystawy „Bieszczadzkie Ścieżki”. Z góry uprzedzam, że nie ma w tym żadnego celowego działania. Po prostu bardzo miły zbieg okoliczności. 

Gdy fotografia jest pasją, a tak traktuje swoją fotografię, wówczas trudno jest nie planować kolejnych działań. Już w trakcie realizacji projektu „Serce z Bieszczadu” nasunął mi się pomysł na kolejna wystawę, poniekąd związaną tematyką z ostatnią prezentacją. 

A co do marzeń w fotografii. Mam już swoje lata i kawał życia spędziłem z aparatem w ręku. Gdy fotografia staje się jednym ze sposobów na życie, trudno nie marzyć. Zawsze będzie jakiś kadr do zrobienia, zawsze będzie się czekać na kolejny decydujący moment.  

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia. Być może gdzieś na szlaku.

bieszczady-połoniny
Fot. Grzegorz Lizakowski

Grzegorz Lizakowski 

Mielczanin, artysta fotograf. Współzałożyciel Mieleckiej Grupy Fotograficznej.  Jest autorem i współautorem wielu wystaw fotograficznych indywidualnych i zbiorowych, krajowych i międzynarodowych. Jest uczestnikiem i laureatem wielu fotograficznych konkursów, między innymi organizowanych pod patronatem FIAP i Fotoklubu Rzeczypospolitej Polskiej, którego od 2010 jest członkiem. Posiada dyplom potwierdzający kwalifikacje do wykonywania zawodu artysty fotografa, fotografika. 

Odznaczony srebrnym medalem „Za Fotograficzną Twórczość”.

Prywatnie Grzegorz jest ojcem dwójki dorosłych już dzieci i mężem Marzenki. Pracuje w Polskich Zakładach Lotniczych. Wolny czas lubi spędzać między grządkami warzyw na działce, no a przede wszystkim na szlaku gdzieś między Bukowym Berdem a Rozsypańcem. Najlepiej zimą.

Portrety Ludzi Bieszczadu można oglądać do końca wakacji w galerii Miejskiej Biblioteki Publicznej w Mielcu oraz na stronie Grzegorza Lizakowskiego