To był jeden z pięknych, słonecznych, sierpniowych poranków. Przebywając w okolicach Sinych Wirów zaczynałem dzień rzeźbiąc małego dusiołka. 

Pierwszą osobą, która do mnie podeszła był starszy człowiek. Pomimo podeszłego wieku tryskał energią. Po wymianie tradycyjnego „Dzień dobry” rozpoczęła się nasza rozmowa. Chodziło o dawną wieś Zawój. Stąd właśnie pochodził ten człowiek. Niestety nie pamiętał nic z tamtego okresu.

Poprosił o wskazanie drogi. Jego pragnieniem człowieka było tam dotrzeć. Chciał postawić znicz na fundamentach któregoś z budynków. Wtedy zasugerowałem, aby udał się na cmentarz, który znajduje się tuż obok. Minęło kilka godzin…

Powtórne spotkanie i łzy w oczach… Odnalazł groby bliskich, zapalił znicz, zmówił modlitwę. I zaczął opowieść o wysiedleniu, ktorą przekazali mu rodzice. Wczesnym rankiem wojsko otacza wieś. Mieszkańcy mają godzinę na spakowane dobytku. Część mężczyzn, którzy podejrzani są o wspieranie UPA zostaje odzielona od reszty. Wśród nich jest 16 letni brat mamy mojego rozmówcy.

Do brata podchodzi jeden z żołnierzy i daje dobrą radę. Sugeruje, aby szedł na końcu kolumny, a jeśli tylko będą warunki ma uciekać. Ucieczka się udała. Resztę ludności pod eskortą wojska zostaje wywieziona. Żołnierze podkladają ogień. Płoną domy… Wieś Zawój przestaje istnieć…

Mój rozmówca pożegnawszy się, wolnym krokiem odchodzi. Długo zastanawiałem się dlaczego tak długo czekał, aby tu dotrzeć. Niestety nie miałem odwagi zapytać. Cóż, ludzkie losy są powikłane i nie nam osądzać innych. 

Z Bieszczadzkim pozdrowieniem Jędruś Ciupaga