Często informowałem niejednego z was o zapomnianych wsiach Zawój, Łuch, Jaworzec. Dziś legenda związana z tym miejscem. Gdzieś pomiędzy wsiami Łuch i Zawój stała kuźnia. Człowiek, który tam mieszkał i pracował był znany okolicznym mieszkańcom. Michałko zawsze pomógł w potrzebie.

Nigdy nikomu nie odmówił, a i zdarzało się, że od biedniejszych za swoją usługę grosza nie wziął. Miał jedną córkę Rozalię, którą kochał z żoną nad życie. Rozalka była piękną dziewczyną, mądrą i bardzo uczynną. Niestety od urodzenia była niewidoma.

Pomimo swego stanu pomagała jak mogła. A to latem malin nazbierała, a to sukno zimą tkała. Jej oczyma był drewniany kosturek, który towarzyszył jej od najmłodszych lat. Jednym z ulubionych miejsc dziewczyny był stary rozłożysty buk. Często siadała w cieniu drzewa, śpiewała piosenki i płakała nad swoim losem. Drzewo jakby ją rozumiało; szumiało, a gdy płakała z liści leciały krople.

Tak bardzo chciała widzieć. Zobaczyć bajeczne kolory, o których opowiadali jej rodzice.Tak mijał rok za rokiem, aż przyszła kolejna zima. Za oknem szalała okrutna zamieć, były 20 urodziny Rozalki. Rodzina zasiadła do wieczerzy, gdy ktoś zapukał do drzwi. W progu stał staruszek. Siwa broda sięgała mu do kolan skrząc się od mrozu.

Z daleka idę – oznajmił nieznajomy. Czy mogę chwilę ogrzać się przy piecu? Kowal nie tylko pozwolił mu się ogrzać, ale zaproponował nocleg i wspólną wieczerzę. Dobrzy z was ludzie rzekł nieznajomy. Za dobre serce chciałbym się odwdzięczyć.

Z kieszeni wyciągnął gliniany pojemnik. Gdy córka uśnie nasmarujcie jej powieki tym specyfikiem, to sprawi, że dziś będzie miała kolorowe sny – powiedział. Gdy Rozalka spała żona kowala uczyniła tak, jak przykazał nieznajomy.

Rankiem gdy spali, obudził ich krzyk dziewczyny. Śmiała się i płakała. Widziała kolorowy świat. Szczęścia nie było końca. Gdy ochłonęli wiedzieli, że to sprawka tajemniczej maści. Chcieli po stokroć podziękować swojemu gościowi. Niestety jego posłanie było puste.

Wpadli w jeszcze większe zdziwienie, gdy zobaczyli spiżarnię pełną jadła i trzy nowe kożuchy na stole. Wybiegli przed chyżę, by odnaleźć dobrodzieja. Ledwo widoczne ślady prowadziły pod las, wprost do starego buka.

Rozalia mocno objęła stare drzewo po korze popłynęły gorące łzy. Na wiosnę zabiły cerkiewne dzwony, odbył się ślub Rozalki. Zabawom i hulankom nie było końca. I jak to w legendach bywa Rozalka wraz z mężem żyli długo i szczęśliwie.

Z bieszczadzkim pozdrowieniem Jędruś Ciupaga