Czas zaciera ślady, a inskrypcje są coraz mniej czytelne. 

Wieś Krywe wysiedlono w ramach akcji „Wisła” w 1947 roku. 

Próżno tam jednak szukać nazwiska ostatniego parocha Ks. Stanisława Sorokowskiego. Człowieka, który przez ponad 40 lat sprawował swoją posługę w murach tej świątyni. To on witał swoich parafian, gdy przychodzili na świat i odprowadzał ich w ostatnią drogę.

Jako jeden z nielicznych duchownych grekokatolickich głośno potępiał mordy banderowskie. 

Wiele razy dostawał ostrzeżenia potrafił jednak zachować hart ducha. Był osobą bardzo skromną, ale i wielkiego serca i odwagi. 

Lutowiska 22.06.1942 r.

Gdy siedemnastoletnia Blima Mayer stała nad dołem śmierci była bliska obłędu.

Na jej oczach strzałem w tył głowy wymordowano całą rodzinę wraz z 2 letnią siostrą. Była jedną z ostatnich 650 osób, które zamordowano w tym dniu. Gdy padł strzał było już ciemno. Dziewczyna upadła na stos ciał. 

Słyszała słowa oprawców, którzy nakazali zasypać rankiem grób setek ludzi. Nadludzkim wysiłkiem wspięła się na skąpany we krwi pomost, na którym odbywał się mord.

Tysiące myśli kołatało się w głowie. Do kogo zwrócić się o pomoc? Znała tylko jedną osobę. Był to ksiądz Stanisław Sorokowski ze wsi Krywe. Postanowiła, że popełni samobójstwo jeśli nie znajdzie tam ratunku. Biegła nocą. Krzaki i gałęzie raniły jej nagie ciało. Stanęła pod drzwiami księdza.

Przeczytaj również: Cmentarz Żydowski w Lutowiskach

Udzielił jej schronienia. Bilmie obcięto włosy i przedstawiono sąsiadom jako kuzynkę ze Lwowa.

Nieszczęśliwy splot wypadków oraz głośno wyrażane sprzeciw przeciw zbrodniom UPA spowodowały, że ksiądz zwrócił się o ratunek dla dziewczyny do Polskiej partyzantki. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta.

Jeden z parafian ostrzegł księdza, który wyjechał do Sokolego. Blima Mayer dołączyła do partyzanckiego oddziału, którego członkowie byli Żydami.

Przeżyła wojnę, wyszła za maż i urodziła dwójkę dzieci. Ksiądz Stanisław Sorokowski po wojnie wyjechał w okolice Sambora. 

Nie długo mu było cieszyć się życiem. Zmarł na wylew krwi do mózgu, a niedługo po tym odeszła jego siostra. Był jednym z tych, którzy ryzykowali własne życie za życie innego człowieka. 

Czas zaciera pamięć. Na koniec warto spytać. Czy ktoś będzie miał na tyle odwagi by obok cerkiewnych murów postawić tablicę człowieka, który potrafił przeciwstawić się indoktrynacji banderowskiej i dać świadectwo społeczeństwa jako kapłan i człowiek? 

Z bieszczadzkim pozdrowieniem Jędruś Ciupaga