Siostry Nazaretanki mieszkały stłoczone w jednym skrzydle klasztoru, zaś większość parteru i piętra zajmowali okupanci.

W sylwestrowy wieczór 1939 roku, w ich ręce wpadł oficer polski zmierzający na Węgry. Niemcy chcieli wpierw jeńca natychmiast rozstrzelać, jeszcze przed Nowym Rokiem, ale wstawiła się za nim siostra Bernadetta. Świetnie mówiła ona po niemiecku i umiała leczyć ziołami, co dla okupantów miało tu duże znaczenie.

Gdy prowadzili skatowanego więźnia przez dziedziniec, siostra szła akurat z miską jedzenia dla psa. Widząc głód w oczach mężczyzny skutego w kajdany, poprosiła, żeby pozwolono go nakarmić. „Niech umrze najedzony” – zdecydowali w końcu oprawcy.

Siostry dały mu obfitą wieczerzę, więzień zjadł jedną miskę, potem drugą – na pewno najadł się do syta. Na noc zamknęli go skutego łańcuchami w jednej z klasztornych cel, sami rozpoczęli huczne świętowanie nadchodzącego Nowego Roku. Siostry w tym czasie były w kaplicy i jak zawsze w tę noc modliły się.

W końcu pijani żołnierze ułożyli się spać, a po jakimś czasie do kaplicy doszedł delikatny dźwięk żelaza; wyraźny brzęk łańcuchów krępujących nogi i ręce akowca. Potem drzwi wyjściowe lekko skrzypnęły i zapadła cisza. Siostry zatopiły się w modlitwie…

Nazajutrz Niemcy stwierdzili ucieczkę jeńca i rozpoczęli pościg; psy tropiące po przejściu około kilometra doprowadziły ich do figury Matki Boskiej Leśnej, dokąd doczołgał się skrępowany uciekinier i… zgubiły ślad. Mimo całotygodniowej obławy i poszukiwań, jeńca już nie schwytano.

Dopiero po jakimś czasie do klasztoru dotarła wysłana z Węgier kartka pocztowa o treści: „Jestem, żyję, dziękuję siostrom za wieczerzę”.

Być może to właśnie ten człowiek wrócił później do Komańczy i w tajemnicy przed ludźmi zbudował kamienny cokół dla figury Matki Boskiej Leśnej jako wyraz wdzięczności za uratowanie go od prześladowców…

źródło: Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie, Pan Edward Marszałek