Zwangsarbeitslager Zasław - niemiecki obóz pracy dla Żydów z ówczesnych powiatów sanockiego oraz leskiego - powstał na obrzeżach wsi, tuż przy linii kolejowej prowadzącej przez Sanok, Zagórz i dalej w stronę Ustrzyk Dolnych. Zorganizowany na terenie dawnej fabryki celulozy, od początku miał służyć wojennym potrzebom okupanta. Już jesienią 1939 roku rozpoczęto pierwsze prace, a rok później obóz zaczął funkcjonować jako miejsce przymusowej pracy.
Co znamienne, inicjatywa jego utworzenia wyszła od Judenratu w Sanoku, który widział w tym szansę na ocalenie części żydowskich rzemieślników. Ta nadzieja szybko okazała się złudzeniem.
Od czerwca 1941 roku przez Zasław zaczęły przechodzić transporty ludzi z całych Bieszczad. Przywożono ich z Sanoka, Leska, Ustrzyk Dolnych i mniejszych miejscowości rozrzuconych po górskich dolinach. W sumie przez obóz przeszło około 15 tysięcy osób, głównie Żydów. To byli ludzie wyrwani z codzienności – rzemieślnicy, kupcy, całe rodziny. Trafiali tu z niewielkim dobytkiem, często bez pewności, co ich czeka.
Obóz szybko przestał być tylko miejscem pracy. Stał się miejscem kaźni. Więźniowie zajmowali baraki i opuszczone budynki przemysłowe, ale dla wielu brakowało miejsca. Spali pod gołym niebem, wystawieni na deszcz, zimno i głód. Każdy dzień zaczynał się podobnie – od pracy. Jedni trafiali do warsztatów krawieckich, szewskich czy kuśnierskich, gdzie szyto i naprawiano rzeczy dla Waffen-SS. Inni byli wysyłani poza teren obozu, głównie do budowy i naprawy dróg. Praca była ciężka, a warunki skrajnie trudne.
Ale najgorsze działo się nie w ciągu dnia, lecz tam, gdzie kończyła się nadzieja.
W lasku zwanym „Malinki” i na górze Gruszka odbywały się egzekucje. To tam rozstrzeliwano tysiące ludzi. Szacuje się, że około 10 tysięcy więźniów zostało zamordowanych na miejscu. Kolejne pięć tysięcy wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu. W innych okolicznych lasach także ginęli ludzie – niemiecka straż kolejowa rozstrzelała kilka osób w lesie Rozstockim, a niedaleko leśniczówki zabito Romów.
Zasław nie był tylko punktem na mapie. Był końcem drogi dla tysięcy mieszkańców Bieszczad.
Obóz funkcjonował pod nadzorem gestapo z Sanoka. Zmieniali się komendanci, ale system pozostawał ten sam. Zewnętrzną ochronę stanowili funkcjonariusze ukraińskiej policji pomocniczej, a wewnątrz działała administracja narzucona przez Niemców – Judenrat i policja żydowska. To była struktura, która miała utrzymać porządek, ale w rzeczywistości była częścią mechanizmu przetrwania i przymusu.
W 1943 roku rozpoczął się ostatni, najbardziej ponury etap istnienia obozu. W obliczu nadciągającej Armii Czerwonej Niemcy zaczęli zacierać ślady zbrodni. Więźniowie zostali zmuszeni do wydobywania ciał z masowych grobów. Zwłoki palono na stosach, a prochy wrzucano do rzeki. To była praca ponad ludzkie siły – fizycznie i psychicznie. Próba wymazania pamięci.
A jednak pamięć przetrwała.
Dziś w Zasławiu stoi kurhan z obeliskiem. Wzniesiony w miejscu zbiorowej mogiły, przypomina o tych, którzy nie mieli szansy wrócić do swoich domów. Na betonowej podstawie ustawiono symboliczne postacie – dwoje ludzi połączonych piętnem śmierci. To prosty, ale poruszający obraz. Pierwsze odsłonięcie pomnika miało miejsce w grudniu 1963 roku, a kilka miesięcy później ponownie oddano mu hołd podczas oficjalnych uroczystości.
Dla odwiedzających to miejsce nie jest tylko punktem na trasie. To zatrzymanie. Chwila ciszy nad rzeką, która płynie dalej, jak płynął czas. I świadomość, że w tych spokojnych dziś Bieszczadach rozegrała się historia, której nie da się zapomnieć.
Komentarze (0)