Zejście, które od razu zmienia nastrój
Nazwa nie kłamie. Piwniczka to dosłownie piwnica, stare, ceglane sklepienia, które w Ustrzykach pamiętają zupełnie inne czasy. Schodzi się kilka stopni w dół i od razu robi się chłodniej, ale przytulniej, szczególnie w upały. Żadnego pośpiechu, żadnego hałasu ulicy. Łukowe, ceglane sklepienie ma w sobie coś z przeciwlotniczego schronu albo hangaru na myśliwiec, tyle że zamiast betonu jest tu cegła, świece i cisza, w której chce się zostać dłużej, niż się planowało.
Wnętrze z duszą, nie z katalogu
Białe, postarzane meble, obrusy z frędzlami, lampiony na każdym stole, łapacz snów na cegle, stare radio na komodzie. Nic tu nie wygląda na kupione hurtowo w jednym sklepie. Każdy kąt ma swój charakter: raz żyrandol i rząd oprawionych fotografii bieszczadzkich pejzaży na ceglanej ścianie, raz stary gramofon, który stoi w łukowej niszy już tylko dla klimatu. Usiadłem, rozejrzałem się i pomyślałem, że ktoś tu naprawdę spędził czas, żeby to miejsce miało klimat, a nie tylko wygląd. Latem można też wyjść na zewnątrz i usiąść przy stolikach na tarasie, pod zadaszeniem, na świeżym powietrzu.
Kuchnia, która nie idzie na skróty
Karta dań jest krótka i bez ozdobników, ale to nie ona ma tu robić wrażenie. Wystarczyło pierwsze danie, żeby zrozumieć, gdzie leży ciężar tego miejsca.
Zacząłem od bulionu z pielmieniami, klarownego wywaru z domowymi pierożkami, podanego w prostej, ale efektownej formie. Danie, które wygląda na dużo bardziej skomplikowane, niż jest w rzeczywistości, choć w smaku na pewno nie ustępuje.
Potem pstrąg z Bezmiechowej, z ziemniakami opiekanymi i bukietem sałat. Ryba trafia tu prosto z gospodarstwa rybackiego w Bezmiechowej, więc zawsze jest świeża, nigdy mrożona, i to naprawdę czuć w smaku.
Na koniec hreczanyki w sosie grzybowym z surówką, kotleciki z kaszy gryczanej i mięsa, danie z tutejszej tradycji, które warto zamówić, nawet jeśli menu go nie zdradza na pierwszy rzut oka. Zobaczyłem je przy sąsiednim stoliku, na który zerkałem z zazdrością, zanim sam je nie zamówiłem przy kolejnej wizycie. Bo tak, wróciłem. Szybciej niż myślałem.
Miejsce na kawę, na obiad i na cały wieczór
Piwniczka to klimatyczna, pełna uroku restauracja, ale szufladkowanie jej jednym słowem byłoby niesprawiedliwe. Rano to spokojne miejsce na kawę i coś słodkiego, w środku dnia sprawdza się na solidny obiad, a wieczorem, przy świecach i cichej muzyce, zamienia się w miejsce na dłuższą rozmowę. Czasem rozmowę zastępuje muzyka na żywo: pod ceglanym sklepieniem odbywają się tu kameralne koncerty, a akustyka piwnicy robi swoje. Widziałem tu i rodziny z dziećmi przy talerzu fuczków, i parę świętującą przy lampce wina w kącie z kominkiem. Każdy znajdzie tu swój stolik.
Wychodząc, pomyślałem, że nic z tego nie wzięło się przypadkiem. Za każdą świecą, każdym talerzem i każdym uśmiechem stoi 15 lat pracy jednej kobiety, która postanowiła, że miejsce pracy będzie też miejscem, do którego chce się wracać jak do domu. Widać to w każdym detalu: w tym, że obrusy mają frędzle, że na każdym stole stoi zapalony lampion, że nikt się tu nie spieszy, a jednocześnie nikt niczego nie zawala. Inaczej nie mogę tego nazwać niż pasją. Piwniczka z biegiem lat przestała być tylko lokalem, a stała się rodziną, tą dla gości i tą, która zaczęła ją dla nich tworzyć. To nie tylko załoga dla korzyści, to życzliwe charaktery, które zechciały się złączyć, by tworzyć to miejsce. I chyba właśnie dlatego tak trudno stąd wyjść.
Dlaczego się wraca
• Bo pstrąg z Bezmiechowej to danie, o którym myśli się jeszcze długo po wyjściu.
• Bo ceglane sklepienia i świece dają atmosferę, której nie podrobi żaden neon.
• Bo za każdym detalem stoi 15 lat pasji i jednej wizji, siła wytrwałości, która zaczęła się udzielać.
• Bo prawie 3 tysiące obserwujących na Facebooku nie myli się co do dobrej kuchni i atmosfery.
• Bo tu się wraca szybciej niż się planuje. To ta energia, w której czujesz się, że otacza Cię rodzina.
Komentarze (0)