Pukamy do drzwi niewielkiego, zadbanego mieszkania w jednej z sanockich kamienic. Wita nas zapach pieczonego drożdżowego ciasta i uśmiechnięta pani Maria. Mimo 91 lat, jej oczy błyszczą, gdy zaczyna wspominać czasy swojej młodości spędzonej na podkarpackiej wsi.
Miranda Korzeniowska: Pani Mario, dzisiaj Wielkanoc wygląda zupełnie inaczej niż przed wojną czy tuż po niej. Pamięta Pani jeszcze, jak przygotowywano się do świąt w Pani rodzinnym domu pod Sanokiem?
Pani Maria: Ojej, dziecko, to był zupełnie inny świat! W Wielkim Tygodniu w domu aż huczało. Myśmy z mamą bieliły ściany wapnem, żeby wszystko było świeże, błękitnawe. Ale wie pani, co było najważniejsze? Nie wolno było spać w dzień w Wielką Niedzielę! Mama zawsze powtarzała: „Mania, nie kładź się, bo ci ziemniaki chwastami zarosną i grzybów w lesie nie znajdziesz”. Więc choć oczy się kleiły po rezurekcji, nikt nie śmiał się zdrzemnąć.
MK: A rezurekcja? Słyszałam, że powrót z kościoła był niemal jak wyścig Formuły 1, tylko że na furmanki.
PM: (śmieje się) Tak właśnie było! Gospodarze gnali konie do utraty tchu. Kto pierwszy dojechał pod swoją bramę, ten miał mieć najwcześniejsze żniwa i najlepszy plon. Kurz aż stał nad drogą! A w kościele? Jak dzwony biły na Zmartwychwstanie, to chłopcy strzelali z czego się dało. Moździerze, puszki z karbidem... Miało być głośno, żeby cała okolica wiedziała, że śmierć pokonana.
MK: Na stole wielkanocnym pewnie nie było tak bogato jak dzisiaj?
PM: Było skromnie, ale smakowało jak w niebie. Najważniejszy był baranek – mama robiła go z masła, oczka miał z pieprzu. I „święcone” musiało być zjedzone do ostatniej okruszki. Nawet chrzan musiał być tarty własnoręcznie, taki, że aż łzy leciały ciurkiem. Wierzyliśmy, że jak się zje poświęcony korzeń chrzanu, to przez cały rok zęby i gardło nie będą boleć. A mięso? Szynka wędzona w dymie owocowym... tego zapachu nie da się zapomnieć.
MK: Przejdźmy do Lanego Poniedziałku. Dzisiaj to symboliczne pokropienie, ale w Pani czasach to była prawdziwa „bitwa wodna”.
PM: (mruży oczy ze wspomnieniem) Oj, bywało mokro! Dziewczyna, której nie polali, była wręcz nieszczęśliwa. To znaczyło, że nikt na nią nie patrzy, że nie ma powodzenia. Myśmy z siostrami chowały się po kątach, ale chłopcy i tak nas znajdowali. Wyciągali nas do studni i lali wiadrami, lodowatą wodą! Nikt się nie gniewał. Mama tylko krzyczała: „Tylko sukienek nie potargajcie!”.
MK: Podobno można się było „wykupić” od lania wody?
PM: Tak, to był ten „dyngus”. Jak któryś kawaler był wyjątkowo natrętny, dawało mu się najładniejszą pisankę, żeby już dał spokój. Ale wie pani, co było najpiękniejsze? Że to lanie wodą to było takie... swatanie. Jak chłopak upatrzył sobie dziewczynę, to najwięcej wody na nią wylał. To był znak, że mu się podoba. Mój nieżyjący mąż, niech mu ziemia lekką będzie, tak mnie właśnie „wymoczył” pod kościołem, że do domu wracałam jak po kąpieli w rzece. (uśmiecha się)
MK: Czego mogłaby Pani życzyć dzisiejszym młodym ludziom na te święta?
PM: Żeby mieli dla siebie czas. Myśmy nie mieli telefonów, telewizorów, ale mieliśmy siebie. Wielkanoc to była radość, że życie wraca, że wiosna idzie. Życzę im, żeby potrafili się cieszyć z małych rzeczy – z jajka, z słońca, z tego, że ktoś ich wodą poleje. I żeby pamiętali, że tradycja to nie są tylko stare zdjęcia, ale to, co niesiemy w sercu. Pamięć o tym, skąd jesteśmy.
MK: Dziękuję Pani Mario za tę piękną opowieść. Wesołych Świąt!
PM: Wesołych, dziewczynko, wesołych! I pamiętaj w poniedziałek, żebyś się nie złościła gdy ktoś Cię wodą "pokropi" (śmiech)
Komentarze (0)